
Jarosław Kaczyński, Daniel Obajtek i Michał Dworczyk – brzmi jak początek kiepskiego dowcipu albo nowy skład boysbandu, którego singlem przewodnim jest „To nie my, to prowokacja”. Niestety, nie jest to ani żart, ani muzyczny projekt. To nasza rzeczywistość polityczna. Edycja specjalna: Immunitety Edition.
Kaczyński: Strażnik moralności z demencją selektywną
Jarosław Kaczyński, patriarcha politycznego kabaretu, wystąpił ostatnio w roli obrońcy uciśnionych. Jego ulubionymi męczennikami są: Daniel Obajtek – detektyw w służbie ropy i podsłuchów, oraz Michał Dworczyk – księżycowy administrator tajnych e-maili. Gdy Parlament Europejski uchylił ich immunitety, Kaczyński zagrzmiał jak ksiądz z kazalnicy, oburzony, że ktoś śmiał podważyć nieomylność jego świętych chłopców. Porównał sytuację do stalinizmu. Aż dziwne, że nie dodał nic o bolszewikach czających się w Brukseli.
Tak, według Kaczyńskiego, polska prokuratura stała się narzędziem opresji, a UE? To już nie partner – to czarna sotnia politycznych mścicieli. Bo przecież – jak twierdzi – to nie o zarzuty chodzi, tylko o nagonkę na jego świętych krzyżowców.

Obajtek: Detektyw z delegacją z Orlenu
Daniel Obajtek przez chwilę był najważniejszym człowiekiem w Polsce – głównie dzięki temu, że zarządzał Orlenem jak własnym folwarkiem i wydawał pieniądze tak, jakby musiał się ich szybko pozbyć przed kontrolą. Teraz zarzuca mu się, że zlecał „usługi detektywistyczne”, które pachną bardziej inwigilacją politycznych przeciwników niż dbaniem o interes spółki. Rachunek: 393 tysiące złotych. Za tyle to można kupić ciszę, spokój, a może i nowy image – ale niestety, nie niewinność.
Na konferencji prasowej Obajtek wyglądał, jakby właśnie opuścił plan serialu sensacyjnego. Machał zdjęciami, powoływał się na papieża, dramatycznie apelował o sprawiedliwość. Brakowało tylko dramatycznej muzyki w tle i sceny, w której ktoś krzyczy: „Daniel, uciekaj, to zasadzka Brukseli!”
Dworczyk: Patron świętej skrzynki Gmail
Michał Dworczyk był szefem Kancelarii Premiera i jednocześnie bohaterem najdziwniejszej afery mailowej w historii III RP. Zamiast korzystać z zabezpieczonej korespondencji rządowej, wybrał Gmaila, jakby omawiał plan grilla, a nie kwestie państwowe. Kiedy wybuchła afera, nie dość, że nic nie pamiętał, to jeszcze dane zaczęły znikać. Tak po prostu. Magia? Nie – prokuratura nazywa to „utrudnianiem postępowania”.
Dworczyk po uchyleniu immunitetu powiedział, że to „skandaliczne”, „motywowane politycznie” i że „jest ofiarą”. Bo wiadomo – zawsze jest ofiara. Problem w tym, że jak wszyscy są ofiarami, to kto tu właściwie rozlewał to mleko?
Trójkąt Bermudzki logiki
Trzech mężczyzn, trzy immunitety, jedna narracja: „To nie my, to oni!” Kaczyński wskazuje palcem na Brukselę, Obajtek na Tuska, a Dworczyk na… no właściwie na wszystkich, którzy korzystają z prywatnych maili w celach służbowych i nie lądują przed sądem. To jest jak polska wersja „House of Cards”, tylko bez intrygi, ale za to z oświadczeniami pełnymi patosu i dramatycznym „wstawaniem z kolan”.
I co teraz?
Pewnie nic. Bo immunitetów już nie ma, ale wciąż są kamery, mikrofony i lojalność partyjna, która działa jak czarodziejski amulet – dopóki prezes mówi, że jesteś niewinny, to jesteś. A że mówi to coraz rzadziej z sensem? No cóż – może to tylko faza. Gorzej, jeśli prezydentura Nawrockiego i obecność Obajtka w polityce to też nie faza, tylko rzeczywistość. Trwale zapisana w aktach prokuratury i kartach wyborczych.
Czy ktoś to jeszcze ogląda z popcornem? Czy już tylko z rozpaczą?
Jeśli immunitet to była tarcza, to właśnie poszła na złom. Teraz czekamy, czy ruszy walec. Oby to był walec prawa, nie propagandy.

Dodaj komentarz