



Spotkanie Donalda Trumpa z Karolem Nawrockim w Gabinecie Owalnym miało przypominać poważne rozmowy o bezpieczeństwie i sojuszu polsko-amerykańskim. Wyszło – jak zwykle u Trumpa – na pokaz estradowy, w którym główną rolę grał on sam, a reszta była tylko dekoracją. Nawet F-16 i F-35 przelatujące nad Białym Domem wydawały się rekwizytami w spektaklu pt. Make Donald Great Again.
Trump, w swoim stylu kaznodziei od cła i złotych golfowych kart, rozpoczął od autopromocji:
„Zakończyłem siedem wojen! Dzięki mnie Ameryka jest wielka! Cła sprawiły, że jesteśmy najpotężniejsi!”
W tle Nawrocki kiwał głową jak dobrze wychowany uczeń na egzaminie ustnym, czekając aż profesor skończy mówić o własnych osiągnięciach.
Ale gdy przyszło do spraw Polski, Trump – o dziwo – nie tylko mówił, ale i obiecał. Powiedział jasno:
„Tak, amerykańscy żołnierze zostaną w Polsce. Tak, jesteśmy zgodni w tej kwestii.”
Dodał oczywiście w swoim stylu: „chyba tak, zobaczymy, może jutro więcej”. To typowa trumpowska wersja gwarancji – coś między deklaracją polityczną a promocją na dywan w sklepie w New Jersey. Jednak faktem jest, że jeśli rzeczywiście wojska USA pozostaną nad Wisłą, to Nawrocki może już dziś odtrąbić sukces. Cel numer jeden wizyty został osiągnięty jeszcze zanim lunch roboczy trafił na stół. I trzeba uczciwie przyznać – w świecie dyplomatycznych miraży, sam fakt wypowiedzenia takiej deklaracji przez Trumpa to już połowa sukcesu. Owszem, połowa, bo druga połowa polega na tym, by on sam o niej jutro nie zapomniał.
Trump mówił o Polsce z mieszaniną egzaltacji i autopromocji. Podkreślał, że „Polska była jednym z dwóch krajów, które płaciły więcej niż musiały. Na moją prośbę zwiększyli to jeszcze bardziej”. Brzmiało to tak, jakby traktował Warszawę nie jak sojusznika, ale jak przykładnego ucznia, który przyniósł jabłko dla nauczyciela i jeszcze zrobił dodatkową pracę domową z matematyki. Słowa Trumpa to był miks: pół szczerej pochwały, pół rachunku za lojalność. „Wy płacicie, więc ja was chwalę – a że jutro mogę zmienić zdanie? Biznes is biznes.”
Dla polskiej delegacji to jednak nie lada gratka: jeszcze zanim Nawrocki rozłożył serwetkę na lunchu, Trump ogłosił światu, że żołnierze zostają. Oczywiście w stylu showmana, który jedną ręką daje obietnicę, a drugą ją rozmywa. Ale polityka międzynarodowa to czasem teatr, a w teatrze liczy się to, co zostaje zapisane w protokole. A tam stoi: „USA i Polska są zgodne co do obecności wojsk amerykańskich.” Nawrocki nie musiał nawet otwierać ust – wystarczyło, że się uśmiechał i notował w pamięci: „Pierwszy punkt zaliczony.”
Nawrocki, na razie jeszcze nieskompromitowany, dziękował za przelot myśliwców i wspominał polskich bohaterów. Trump wtrącał swoje:
„Kazimierz Pułaski, Tadeusz Kościuszko – oni byli moi! Bardzo moi!”
Można było odnieść wrażenie, że gdyby dać mu więcej czasu, uznałby Kopernika za amerykańskiego astronoma, a Chopina za autora hymnu USA.
Trump – mistrz dygresji – w ciągu pięciu minut przeszedł od relacji z Rosją, przez Chicago, aż po transpłciowych sportowców i Jeffreya Epsteina. Dziennikarze pytali o żołnierzy w Polsce, a on kończył na tym, że Demokraci to „chorzy ludzie” cierpiący na syndrom skrzywienia trumpowskiego. Nawrocki w tym czasie przypominał figurę woskową z Madame Tussauds – uśmiechnięty, ale nieruchomy.
Czy się zbłaźnił? Jeszcze nie. Ale poczekajmy. Z Trumpem to jak z ruletką – zawsze kręci wokół własnej osi, a inni mogą tylko patrzeć, czy wypadnie czerwone, czy czarne. Nawrocki na razie obstawił ciszę.
Na koniec Trump rzucił mimochodem:
„Proszę pozdrowić papieża. Bardzo lubię papieża!”
Nie wiadomo tylko którego – bo u Trumpa każdy papież brzmi jak kolejny celebryta z listy gości na bankiecie w Mar-a-Lago.
Tak więc bilans wizyty? Polska dostała kilka minut reklamy w Trump Show, Nawrocki – szansę, by milczeć w dobrym świetle, a przy okazji padła obietnica, która – jeśli zostanie spełniona – daje wymierny efekt polityczny. Reszta była już tylko kabaretem, który w wykonaniu Trumpa gra codziennie – tylko bilety coraz droższe.

Dodaj komentarz