






Pisowska obsesja na punkcie reparacji przypomina farsę wystawianą w objazdowym teatrzyku na prowincji. Akt pierwszy: Jarosław Kaczyński wychodzi na scenę i żąda zwrotu wiaderka sprzed 80 lat, które ktoś mu ukradł w piaskownicy. Akt drugi: Arkadiusz Mularczyk wyciąga kalkulator i liczy sześć bilionów złotych, które mają spłynąć niczym manna z nieba. Akt trzeci: Grzegorz Braun – żywy dowód, że można nienawidzić czegoś, co się bez przerwy kopiuje – pali menory na zapleczu i głosi, że ocalił naród przed masonerią, a przy okazji przed szczepionką na grypę.
PiS patrzy na Izrael jak dziecko na bogatszego kuzyna: też by tak chciało – armia, atom, wpływy, reparacje, a nawet Netanjahu w roli wiecznego patriarchy. Problem w tym, że Izrael miał amerykańskie parasole i realną siłę, a my mamy Mularczyka, Mentzena i Bąkiewicza – czyli drużynę marzeń, która nadaje się co najwyżej do rekonstrukcji bitwy pod remizą. To tak, jakby porównać Ferrari z maluchem na torze i jeszcze twierdzić, że startujemy na równych warunkach.
Mentzen w tym czasie obiecuje, że 6 bilionów wystarczy, by zlikwidować podatki i otworzyć narodowy kurs astrologii stosowanej. Kaczyński brzmi jak handlarz z bazaru: „Panowie z Izraela, weźcie połowę reparacji, a ja postawię jeszcze pięć pomników i billboardy w promocji”. A Bąkiewicz? On pilnuje, żeby nie zabrakło marszu. Bo patriotyzm według tej szkoły najlepiej pachnie spaloną racą, tanim piwem i głośnym „Bóg, honor, ojczyzna”. Jego chłopcy w koszulkach z orłem to armia, która mogłaby zdobyć co najwyżej monopolowy o 22:05.
Problem w tym, że cały ten reparacyjny cyrk to pokaz asertywności na miarę chłopca domagającego się lizaka… zjedzonego w 1943 roku. Niemcy – nasz największy partner handlowy – przewracają oczami, a my z dumą parkujemy w strefie międzynarodowej izolacji, niczym Fiat 126p na salonie samochodowym w Genewie.
Nawrocki dorzuca swoje trzy grosze, przemawiając jak konferansjer na festynie w Pcimiu: patos, hymn, łzy i obowiązkowo metafora o cierpieniu narodu. Człowiek, który świetnie sprawdziłby się w roli mistrza ceremonii na dożynkach, dziś poucza świat o geopolityce. A publika klaszcze, bo zna refren.
Bo to wszystko jest narodowym karaoke: każdy śpiewa swoje, wszyscy fałszują, ale tekst mówi o dumie i honorze – i to wystarczy, żeby sala wstała. A po koncercie zostaje kac, rachunek i kolejny pomnik. Polska – Izrael 2.0 – ale tylko w wersji demo, z bugami i zawieszającym się systemem. Zamiast realnego bezpieczeństwa mamy Pegasusa na sterydach, zamiast sojuszy – selfie z Trumpem, a zamiast rozwoju – kolejny marsz z ochroną emerytowanych kiboli.
I może właśnie o to chodzi. Bo w pisowskiej logice nie liczy się efekt, tylko wrzask. Nie ważne, żeby się udało. Ważne, żeby było głośno. A PiS i jego dworzanie dbają o to, by głośno było zawsze – nawet jeśli treść przypomina monolog pijanego wujka na weselu. Reparacji nie będzie, ale za to będą fajerwerki, patos i nowe pomniki. I to – niestety – jest jedyna gwarancja, którą potrafią nam zapewnić.

Dodaj komentarz