JASZCZURY U WŁADZY A LIBERAŁ OBSERWUJE

Warszawa

Jestem liberałem. To znaczy: wierze w wolność jednostki, państwo prawa, Unię Europejską i w to, że dorosłym ludziom nie trzeba zaglądać do sypialni, portfela ani lodówki. W obecnych realiach politycznych oznacza to, że stoję z boku i patrzę, jak scena publiczna coraz bardziej przypomina terrarium, w którym jaszczury doszły do władzy, a opiekun wyszedł po kawę i już nie wrócił.

Na prawo od centrum mamy dziś konglomerat bytów, które z wolnością mają relację wyłącznie językową. Konfederacja używa jej jak zapachu do samochodu: wisi na lusterku, ale w środku dalej cuchnie. Wolność gospodarcza – tak, wolność osobista – tylko dla wybranych, najlepiej heteroseksualnych, wierzących i urodzonych we właściwym kodzie pocztowym. Reszta może skorzystać z oferty „milczenie plus moralny wykład gratis”.

W tle kręci się Ordo Iuris, instytucja, która od lat z godną podziwu konsekwencją tłumaczy Polakom, że ich prawa są w gruncie rzeczy zbędne. Gdyby mogli, wprowadziliby aplikację do mierzenia poziomu grzechu w organizmie, a potem wystawiali paragony. Co gorsza, to już nie jest lokalny folklor. Ten eksportowy pakiet „wartości” coraz śmielej puka do drzwi Waszyngtonu.

Bo oto zza oceanu dochodzą głosy zachwytu. Konserwatywne zaplecze Donalda Trumpa widzi w Polsce poligon doświadczalny: kraj wystarczająco duży, wystarczająco religijny i wystarczająco zmęczony, by sprawdzić, jak daleko da się cofnąć wskazówki zegara. Gdy słyszę, że „to tylko think tanki”, przypominam sobie, że każda katastrofa zaczynała się od prezentacji w PowerPoincie.

W centrum sceny – chaos. Projekty, które miały być rozsądną alternatywą, topnieją szybciej niż liberalna cierpliwość. Polska 2050 wygląda dziś jak startup po trzeciej rundzie pitchów: dużo slajdów, mało produktu. Lewica zaś, zamiast zaproponować nowoczesny program wolnościowy i europejski, znów odkrywa, że najłatwiej mobilizować emocje wojną kulturową, nawet jeśli kończy się ona kolejnym remisem i utratą zębów.

Jako liberał mam tu problem egzystencjalny. Bo ja naprawdę nie potrzebuję rewolucji. Potrzebuję sprawnych instytucji, przewidywalnego prawa i państwa, które nie ma ambicji wychowawczych. Tymczasem z jednej strony słyszę, że Unia Europejska to zło wcielone, z drugiej – że obywatel jest podejrzany z definicji. A gdzieś pośrodku ginie pytanie, które kiedyś było oczywiste: czy państwo ma służyć ludziom, czy ludzie państwu?

Na deser zostają media i nagrody, bale w operze i okrągłe zdania o misji dziennikarstwa. Gdy rzeczywistość produkuje dezinformację szybciej niż redakcje zdążą ją prostować, środowisko wciąż rozdaje statuetki według klucza sprzed dekady. To trochę tak, jakby wręczać nagrody najlepszym telegrafistom w epoce satelitów.

Patrzę więc na te jaszczury u władzy – polityczne, ideologiczne i medialne – i robię to, co mi zostało: obserwuję i piszę. Nie dlatego, że wierze w szybkie zwycięstwo. Raczej dlatego, że wiem, jak kończą się kraje, w których liberałowie przestają mówić, bo „i tak nic to nie da”.

Wolność rzadko znika z hukiem. Najczęściej odchodzi po cichu, zagadywana przez patriotyzm, moralność i święty spokój. A ja, jako liberał, mam ten niewdzięczny obowiązek przypominać, że święty spokój to nie jest ustrój państwa. I że jaszczury, choć głośne, wciąż nie powinny pisać konstytucji.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights