


Na początku był Sakiewicz. A potem zrobiło się śmiesznie.
Oto bowiem Tomasz „Wszystko Załatwię” Sakiewicz postanowił przekształcić swoją telewizję z narodowego kabaretu w geopolitycznego demiurga. Efekt? Telewizja Republika z rozmachem przekroczyła granicę między dziennikarstwem a cosplayem polityki zagranicznej.
Stacja, która jeszcze kilka lat temu z trudem odróżniała przerywnik reklamowy od orędzia do narodu, dziś ogłasza, że to dzięki niej amerykańscy żołnierze zostają w Polsce. Serio. Bo przecież kto, jak nie Danuta Holecka z mikrofonem, negocjuje obecność wojsk NATO w Europie Środkowej?
Sakiewicz ogłosił, że to „my załatwiliśmy te wojska”. W domyśle: Tomasz, Michał Rachoń, kamera Sony i karton po mikrofalówce, który nazywają „centrum prasowym”.
To już nie jest telewizja. To jest operetka, która gra na żywo w głowach widzów. Kiedy Republika mówi, że „współtworzy historię”, to należy to rozumieć dosłownie – jak dziecięcą zabawę w sklep, gdzie marchewki są z plastiku, a klientem jest pies sąsiada.
Ich relacje z Waszyngtonu wyglądają jakby ktoś pomylił rzeczywistość z folderem promocyjnym Ordo Iuris. Wszystko „historyczne”, wszystko „przełomowe”, wszystko „na rzecz wolności”. A kto nie wierzy, ten komunista.
Szczyt transatlantycki zorganizowany przez Republikę? To był kabaretowy TEDx w hotelowej sali bankietowej z udziałem ludzi, których przedstawiano jako „prokuratorów generalnych” i „doradców Trumpa”, a którzy w rzeczywistości nie doradzają nikomu poza własnym kontem na Truth Social.
Narracja stacji: Tusk jest dziadkiem, Biden jest trupem, Duda to paprotka, a Nawrocki to Mesjasz w garniturze z Vistuli. A Republika? Republika to Arka Przymierza wolnych mediów, tylko że zamiast kamiennych tablic ma pasek z napisem „Tusk oddał Polskę Niemcom”.
Szczyt, szczytem, ale kasa musi się zgadzać. 700 tysięcy złotych – tyle, według Republiki, kosztowało przeniesienie Świętego Graala polskiego patriotyzmu do Waszyngtonu. Płacili widzowie, bo przecież „transmisja wydarzeń historycznych” nie zorganizuje się sama. Musisz mieć przynajmniej green screena, dwa logotypy z orłem i świadomość, że grasz na nosie logice.
Dziennikarze tej stacji to nie korespondenci – to pielgrzymi na wojnie kulturowej. Zamiast mikrofonu powinni trzymać kadzidło. Zamiast zadawać pytania – cytują Heritage Foundation, jakby to był trzeci Testament. A jeśli Trump kichnie, to od razu ogłaszają: „Prezydent USA wyraził poparcie dla suwerenności Polski”.
Instrukcja dla Nawrockiego? Zbędna. Wystarczy obejrzeć „Dzisiaj” z Danutą Holecką. Każdy odcinek to liturgia. Każda grafika to homilia. Każdy pasek to wizyta w Częstochowie.
Widzowie? Wierni. Wpłacają, bo „Telewizja walczy o prawdę i wolność słowa”, rozumianą jako możliwość gadania głupot bez przeszkadzania. A że głównym sponsorem była giełda kryptowalut z Zug, której właścicieli nikt nie widział? Tym lepiej! W końcu transparentność to narzędzie lewactwa.
Podsumujmy: Republika to jedyna telewizja, która w ciągu tygodnia potrafi zorganizować szczyt, załatwić żołnierzy, zbierać datki, bronić Big Techów, przywołać Matkę Boską i obalić Tuska – wszystko między reklamą witaminy D a serwisem pogodowym.
Jeśli kiedyś NATO wejdzie do Warszawy z pretensjami, że ktoś bezzasadnie zgłaszał się po więcej żołnierzy, będzie to przez Republikę. A dokładnie przez Rachonia, który z mapą Polski i natchnieniem ewangelisty, pomylił studio telewizyjne z kwaterą główną Sojuszu.
To nie jest już nawet propaganda. To jest reality show dla ludzi, którzy myślą, że dyplomację robi się telefonem z roamingiem i znajomością Twittera.
Ale hej, może się śmiejemy, a za rok Sakiewicz zostanie ambasadorem przy ONZ. W końcu zna angielski. Wie, jak się pisze „Trump”.
A reszta? Reszta się nie liczy. Bo najważniejsze, żeby wyglądało. I żeby leciało.
Na żywo. W Republice.

Dodaj komentarz