



Nie wiem, czy wiecie, ale jestem w kwiecie wieku. Tylko kwiat przekwitł, a wieko już lekko uchylone. Nie narzekam – mam wszystko, czego współczesny samotny facet po siedemdziesiątce potrzebuje: komputer, fotel, kawę i trzy schorzenia do wyboru (plus jedno gratis – właśnie się okazało, że jakieś raczysko się przypałętało, pewnie z zazdrości o moje towarzystwo).
Z grubsza wygląda to tak: siedzę, pracuję, piszę felietony, pyskuję, kłócę się z ludźmi w internecie, palę, czasem coś zjem, wypijam kawę (choć muszę ograniczyć, bo za często odwiedzam miejsce samotnych refleksji – toaletę) i dzwonię do znajomych, żeby im powiedzieć, że wszystko mnie wkurza. I tak od lat. Nie wychodzę, bo po co? Śmieci wynoszę raz w tygodniu – to moja wersja pielgrzymki. Zakupy robię wtedy hurtem. Ruch? No cóż… robię około 350 do 500 kroków dziennie. Wliczając marsz po pilota.
Ale lekarze – ci podstępni, dobrze wykształceni sabotażyści mojego trybu życia – orzekli, że mam się ruszać. Tak, ruszać. Nie mylić z ruszać wkurzeniem czy ruszać z krzykiem – tylko naprawdę się przemieszczać. Żeby ciśnienie spadło, cukier się uspokoił, serce nie dzwoniło po pomoc, a rak miał mniej komfortowe warunki.
Próbowałem rozwiązać to systemowo.
– Panie doktorze, niech mi pan przepisze psa.
– Psa?!
– No, na receptę. Jak na depresję. Na samotność. Na brak ruchu.
– Ale to tak nie działa.
– A na cholesterol?!
– Też nie.
– To po co ja płacę składki?
Nie chcieli. Nawet ten z onkologii się roześmiał. Zero empatii. Tylko: „ruch, ruch, spacer, spacer, aktywność”. A ja – człowiek głęboko pasywny – wpadłem na pomysł, który zmienił moje życie.
Pies.
Ale nie jakiś tam jamnik czy inny smutny kłaczek do głaskania. Nie. Jak już mam się ruszać, to z przytupem. Bigiel. Znany również jako bajgiel, bo wygląda jak wypiek, ale taki, który zeżre twoje kapcie, zje kable od ładowarki i wysika się na jedyny dywan, który jeszcze nie poszedł na przemiał.
Bigiel – czyli ADHD w ciele parówki. Głośny, uparty, rozbrajający. Idealny kompan dla faceta, który nie wie, czy jeszcze chce żyć, ale wie, że chce kogoś ciągnąć na smyczy.
Zrobiłem rozeznanie. Przeszukałem hodowle. Szukałem hasłami:
„bigiel + tanio + ADHD + pod Warszawą + toleruje dym papierosowy + nie je ludzi po siedemdziesiątce.”
Znalazłem. Mały, uszaty, szalony. Patrzył na mnie jak na ostatnią szansę na życie bez kagańca. Pomyślałem: „to mój brat w duchu. Tylko on, na czterech łapach.”
I teraz najlepsze: pies to bilet powrotny do ludzkości.
Bo nagle możesz wyjść na spacer i nie wyglądać podejrzanie. Ludzie nie pytają, czy coś kombinujesz, tylko:
– Ojej, jaki słodki!
A ty:
– Ja czy pies?
Z psem poznajesz ludzi. Panienki. Takie poniżej 80. Z własnym psem i jeszcze z energią, żeby pogadać o różach, kotkach, pogodzie i tabletkach na stawy.
Wyobraźcie sobie scenariusz:
Spacer. Ona z labradorkiem, ja z biglem. On szarpie mnie, jej pies szarpie ją, a my – jak para staruszków z reklamy margaryny – patrzymy sobie w oczy.
– Ma pan bardzo żywiołowego pieska!
– Dziękuję, też jestem w typie rozszalałego buldoga.
– Może pójdziemy na wspólny spacer?
– A może i na piwo?
I wtedy właśnie poczułem – nie tylko w kolanach – że wracam do ludzi. Że może poznam innych staruchów z psami. Może stworzymy związek zawodowy:
„ZPS” – Związek Posiadaczy Sierściuchów.
Albo:
„Ruch Pieszy z Psem – seniorzy w marszu, ale bez przesady.”
Nie wiem, co z tego wyjdzie. Może tylko pogryzione meble, może trochę więcej kroków na zegarku i nowe odciski na stopach. Ale wiem jedno: pies to nie tylko obowiązek. To projekt społeczny. To forma przetrwania. To sposób na to, by ktoś codziennie cieszył się na twój widok (nawet jeśli tylko dlatego, że masz przysmaki w kieszeni).
W przyszłym tygodniu jadę po bajgla. Może nazwę go Kafka. Może „Kurde, nie teraz!”. Może po prostu „Chodźże wreszcie!”.
Ale jedno wiem na pewno:
Dzięki niemu zacznę chodzić. Może nawet… do ludzi.

Dodaj komentarz