



Są w życiu chwile, kiedy rzeczywistość przestaje udawać, że ma sens, i zaczyna udawać, że ma procedurę. Wtedy wszystko wygląda bardzo oficjalnie: są słowa, są pieczęcie, są miny jak z marmuru. Brakuje tylko treści, ale spokojnie — nikt jej nie szuka, bo mogłaby zepsuć nastrój.
Tak właśnie wygląda dziś państwo, które wpadło na pomysł, żeby zastąpić działanie interpretacją działania, a odpowiedzialność — grą w kompetencje.
Oto sędziowie, poważni ludzie od poważnych rzeczy, składają przysięgę w Sejmie. Jest notariusz, są świadkowie, są kamery, jest cała ta uroczysta scenografia, która ma przekonać widza, że oto dzieje się historia, a nie kabaret. Każde słowo brzmi jak cytat z podręcznika, każdy gest jak ćwiczenie z godności. I tylko gdzieś pod spodem skrzypi podłoga, bo ktoś zapomniał, że państwo to nie dekoracja, tylko mechanizm.
Brakuje jednego elementu układanki. Prezydenta.
Nie dlatego, że nie zdążył. Nie dlatego, że się pomylił. Nie ma go, bo uznał, że skoro rzeczywistość nie pasuje do jego wersji instrukcji obsługi państwa, to należy poprawić rzeczywistość przez jej ignorowanie. To jest ten poziom politycznej dojrzałości, na którym dziecko zabiera piłkę i ogłasza, że mecz się nie odbył.
I wtedy zaczyna się festiwal powagi, który powinien być badany przez specjalistów. Jedni mówią: ślubowanie było. Drudzy: nie było. Jedni: są sędziowie. Drudzy: są przebierańcy w togach. Trzeci, najbardziej twórczy: trwa zamach — choć nie wiadomo, czy na konstytucję, na urząd, czy na elementarne poczucie przyzwoitości, które już dawno wyemigrowało i przysyła tylko kartki na święta.
Najbardziej imponujące jest jednak to, z jaką nabożnością wszyscy wypowiadają wielkie słowa. Konstytucja. Porządek prawny. Prerogatywy. Odpowiedzialność. Brzmi to jak zaklęcia, które mają przywołać sens, choć sens dawno przestał odbierać telefony. Bo prawda jest banalna i przez to obraźliwa: mamy państwo, w którym jedna instytucja mówi drugiej „bez ciebie nie można”, a druga odpowiada „patrz uważnie”. I obie mają rację, co jest najgorszym możliwym scenariuszem — bo kiedy wszyscy mają rację, nikt nie musi brać odpowiedzialności za to, że wszystko się rozjechało.
Prezydent stoi więc na straży procedury jak strażnik muzeum, który pilnuje eksponatu, choć budynek już płonie. Z drugiej strony sędziowie, z determinacją ludzi, którzy postanowili nie czekać, aż ktoś łaskawie otworzy drzwi, wchodzą oknem i ogłaszają, że oto jesteśmy w środku. I trudno im odmówić logiki — skoro drzwi są zamurowane, okno przestaje być ekstrawagancją, a staje się koniecznością.
I tak rodzą się dwa państwa w jednym państwie. Jedno papierowe, drugie praktyczne. Jedno ceremonialne, drugie funkcjonalne. A między nimi obywatel, który płaci rachunki za oba i dostaje w zamian spektakl, w którym każdy aktor gra swoją wersję rzeczywistości.
Najbardziej rozczulające — gdyby nie było tak żałosne — jest przekonanie wszystkich stron, że działają w imię prawa. Jedni bronią formy, drudzy ratują sens, jedni cytują przepisy, drudzy cytują rozsądek. I nikt nie zauważa, że forma bez sensu jest kostiumem, a sens bez formy — improwizacją. A państwo, które żyje w kostiumie improwizacji, wygląda jak bal przebierańców, na którym nikt nie pamięta, kim jest bez maski.
W tle oczywiście chór komentatorów, który śpiewa swoje partie: zamach, odnowa, dramat, zwycięstwo. Najuczciwsi mówią wprost: to cyrk. Z tą różnicą, że w cyrku przynajmniej wiadomo, kto jest klaunem, a kto treserem. Tutaj role się zmieniają co godzinę, a publiczność ma obowiązek klaskać, niezależnie od numeru.
Eksperci będą to analizować, profesorowie opisywać, studenci zapamiętywać na egzamin. Tylko że nie jako przykład działania państwa prawa, lecz jako studium przypadku: co się dzieje, gdy instytucje przestają współpracować, a zaczynają się nawzajem sprawdzać jak fałszywe banknoty. Bo sedno tej historii jest proste jak instrukcja obsługi młotka. To nie jest spór o prawo. To jest spór o władzę. Prawo jest tu tylko rekwizytem, którym okładają się obie strony, udając, że to dyskusja, a nie siłowanie się na interpretacje. A kiedy państwo zaczyna działać jak ring, na którym każdy czeka na nokaut, przestaje być państwem. Staje się widowiskiem.
I tak oto mamy sytuację, w której sędziowie przysięgają bez prezydenta, prezydent rządzi bez sędziów, politycy komentują bez wstydu, a system działa bez sensu. Wszystko się zgadza, tylko nic nie funkcjonuje.
A publiczność? Publiczność powoli zaczyna rozumieć, że to nie jest przedstawienie jednego wieczoru.
To jest serial i niestety — nikt nie planuje finału.

Dodaj komentarz