
Poranek. Kawa, radio, a tu Piotr Ikonowicz w „Krytyce Politycznej” wzywa: „Komuno, wróć!” — i człowiek od razu czuje się jak w „Dzienniku Telewizyjnym” z 1982 roku. Brakuje tylko spikerki w mundurze i komunikatu o rekordowych zbiorach buraków.
https://krytykapolityczna.pl/kraj/prl-walka-klas-robotnicy-realny-socjalizm/
Ikonowicz pisze, że komuna dawała poczucie bezpieczeństwa. To prawda — tak samo jak kojec daje je dziecku: nie ma gdzie uciec, nie ma jak spaść, a gdy zacznie płakać, nikt go nie słucha. Bezpieczeństwo w PRL-u polegało na tym, że państwo decydowało o wszystkim – łącznie z tym, czy wolno było nie pracować. Bo przypomnę: w tamtym raju każdy musiał być „czynny zawodowo”. Za uchylanie się od pracy groziło więzienie – do trzech miesięcy. Tak, można było trafić za kratki za to, że się nie chciało doić krowy albo nosić cegieł. Raj ludzi pracy – i to dosłownie.
Piotr wspomina, że chadzał do „socjalistycznego więzienia” i domagał się więcej socjalizmu. Szanuję odwagę, ale trudno mi sobie wyobrazić, żeby więzień marzył o lepszej jakości kajdan. Bo PRL nie był socjalizmem – był państwowym monopolem na bylejakość. Ustrój, w którym papier toaletowy był dobrem luksusowym, a sznurek do snopowiązałek – tematem ogólnopolskiej narady, nie zasługuje na nostalgię.
Ikonowicz pisze, że „komuna gwarantowała pełną miskę”. Owszem – ale nie dodaje, że trzeba było po nią stać dwie godziny w kolejce. I że kiedy człowiek się już doczekał, zamiast kiełbasy dostawał parówkę z etykietą „produkt mięsopodobny”.
Autor wspomina też, że nie było bezrobocia. Tak, bo był przymus pracy. Państwo zatrudniało wszystkich – nawet tych, którzy nie potrafili nic robić, ale dobrze wyglądali na zebraniach. Fabryki pełne były ludzi, którzy udawali, że pracują, a władza udawała, że im płaci. Pół kraju robiło coś, co nikomu nie było potrzebne – oprócz statystyki.
I to ma być ten idealny system, do którego tęskni Ikonowicz? Gdzie talent był podejrzany, sukces niestosowny, a prywatna inicjatywa – przestępstwem?
Największy paradoks polega na tym, że Piotr ma rację w diagnozie, ale kompletnie myli lekarstwo. Tak, kapitalizm bywa bezlitosny, a nierówności są dramatyczne. Ale odpowiedzią nie jest reanimacja trupa. Komuna nie była sprawiedliwością społeczną – była przymusem równości. Równości w szarości, biedzie i strachu.
Balcerowicz mógł być zimny, ale dawał jedno: szansę. Można było coś stworzyć, kupić, sprzedać, wyjechać. W PRL można było co najwyżej „załatwić”. Bo tam, gdzie kończyła się gospodarka, zaczynał się telefon z komitetu.
Ikonowicz wzdycha, że „wtedy ludzie mieli kupę czasu wolnego”. Oczywiście! Bo nie było co robić. Kino miało jeden repertuar, telewizja dwa programy, a urlop w FWP przypominał kolonie z obowiązkowym apelem. Ludzie mieli czas, bo państwo im go nie kradło – ono kradło wszystko inne.
I te zachwyty nad „brakiem różnic majątkowych”. Jasne, różnic nie było, bo wszyscy mieli po równo nic. Poza sekretarzem partii, kierownikiem GS-u i dyrektorem PGR-u – ci mieli talon na Poloneza i dojście do Pewexu. Równość? Tak – ale tylko w szarym szeregu.
Piotr pisze, że demokracja dziś nie działa. Może i nie działa idealnie, ale przynajmniej można o tym głośno napisać. W PRL za taki tekst miałby kolegium, a w najlepszym razie – rozmowę w pokoju bez okien. Demokracja nie jest doskonała, ale to my możemy ją naprawiać. Komunizm naprawiał nas.
Nie ma nic bardziej niebezpiecznego niż inteligentny człowiek, który tęskni za prostotą systemu, w którym myślenie było zbędne. Wiem, że Ikonowicz pisze z troski – ale jego troska pachnie naftaliną z szafy w mieszkaniu z przydziału.
Nie chcę powrotu tamtych czasów. Wolę kapitalizm z ludzką twarzą niż socjalizm z twarzą funkcjonariusza. Bo ten pierwszy czasem się myli, a ten drugi – zawsze ma rację.
Podsumowując:
- W PRL nie było bezrobocia, ale był obowiązek bycia potrzebnym władzy.
- Nie było głodu, ale nie było też smaku wolności.
- Była równość – w apatii, w strachu, w bylejakości.
A dziś? Możemy się z Piotrem Ikonowiczem nie zgadzać – i nikt nas za to nie wsadzi. I to właśnie jest zasadnicza różnica między PRL-em a liberalizmem.
Polska 2025: wolność czasem boli, ale lepiej boleć w wolnym kraju, niż śnić o więzieniu z pełną miską.

Dodaj komentarz