
(wersja do niedzielnego śniadania z sałatką jarzynową i totalną ironią)
W Bielejewie jesień przyszła jak zawsze – bez zaproszenia, z błotem po kostki i zapachem pieczonych ziemniaków unoszącym się znad zagrody Cześka. Mgła snuła się po polach jak obietnice wyborcze po kampanii – gęsta, wilgotna i bez sensu. Psy szczekały na widok własnych ogonów, kury gdakały w panice na każde „Donald”, a kogut Zenek – lokalny wieszcz – zapiał o piątej rano tak dramatycznie, że wszystkim wydawało się, że znowu wybory.
Właśnie w takiej aurze, między niedopitą flaszką a kiełbasą z grilla, zebrała się elita intelektualna wsi Bielejewo w starej stodole za oborą Ryśka. Stodoła ta, niegdyś magazyn na siano, dziś pełniła funkcję Centrum Analiz Polityki Krajowej i Zagranicznej, a przynajmniej tak ją nazywał Wiesiek, kiedy pisał swoją autorską analizę na Facebooku w komentarzu pod zdjęciem sołtysowej w bikini.
Było chłodno, ale atmosfera gorąca, bo Polska znowu „żyła polityką”. Czyli znowu ktoś gdzieś coś palnął, ktoś gdzieś wyjechał, a ktoś inny złożył hołd nieznanemu Amerykaninowi jakby ten rozgonił komunistów z Pcimia.
Wiesiek zaciągnął się dymem z papierosa z filtrem z gazety i zacznął:
— Chłopy… ja to wam powiem, jak patrzę na ten sejm, to mnie aż wykręca. Jakbym znów wypił oranżadę z zeszłego roku. Hołownia do Genewy! Toć to tak, jakby nasz Franek od cielaków nagle zgłosił się na Mistera Szwajcarii. I mówi, że będzie „Wysokim Komisarzem”! Przecież ten chłop metr siedemdziesiąt w kapeluszu ma.
Zaszemrało. Gładki sięgnął po ogórka, Heniek dolał sobie czystej, a Stachu z Koziej pociągnął z butelki z taką powagą, jakby właśnie wznosił toast za konstytucję.
— A widzieliście przemówienie Nawrockiego w ONZ? – wtrącił Rychu z melancholijną miną, jakby mówił o pogrzebie kota. – Cytaty z Trumpa, mimika jak u starego radnego z Kępna i przekaz, że Polska to wyspa wolności. No wyspa, jasne. Tylko że przypomina bardziej ponton na środku jeziora – dziurawy i bez wioseł.
— A propos Nawrockiego – wtrącił Wiesiek, oblizując palce z musztardy – ponoć ostatnio Żurek zmienił regulamin wyboru sędziów, a Nawrockiemu się to nie spodobało tak bardzo, że w biurze IPN-u aż zgrzytnęły żaluzje. Mówi się, że Nawrocki burczał pod nosem coś o „demontażu państwa” i „lewicowej infiltracji”. Żurek za to tylko wzruszył ramionami i powiedział, że państwo prawa to nie koncert życzeń i że Nawrocki nie jest dyrygentem, tylko raczej cymbałem z tubą., czym tak wkurzył Nawrockiego, że ten mało nie rzucił krzesłem. Bogucki, ten oszołom od Nawrockiego, powiedział, że to zamach na niezależność i że jak tak dalej pójdzie, to Temida będzie nosić czapki z daszkiem MAGA i cytować Fox News w uzasadnieniach wyroków.
A propos Trumpa – w stodole zawrzało. Temat śwęty jak pasztet na Wielkanoc.
— Trump to taki wujek z Ameryki, co obiecuje rower, a przysyła swoje zdjęcie w garniturze – rzucił Heniek. – A my łykamy wszystko jak pelikany, bo raz był w Polsce i powiedział, że nas lubi. Tylko potem zrobił interes z Putinem, a my dalej staliśmy w kolejce z kwiatami.
— Putin – prychnął Gładki – ten to dopiero gagatek. Teraz nad Polską drony latają, niby zabłąkane, niby przypadkiem, ale każdy, kto ma rozum, wie, że to nie żaden modelarski klub z Kaliningradu. To są zwiady, sondaże, testy reakcji. A nasz MON zamiast radarów kupuje memy o patriotyzmie.
Wiesiek, co zawsze czyta tygodniki w kiosku w powiecie, wziął łyk piwa i dodał:
— Europa to też nie lepsza. Każdy tam zajęty sobą, migracjami, zielonym ładem, a nikt nie widzi, że mamy już XXI wiekowy konflikt za płotem. U nas drony, w Niemczech dylematy genderowe, a we Francji ludzie biją się o bagietki.
Przerwa na refleksję.
Stodoła zamilkła. Wiało przez szpary w deskach, gdzieś w oddali beczała krowa, a wewnątrz zapanowała ta wyjątkowa chwila ciszy, która zdarza się tylko, gdy ktoś dotknie prawdy. Albo gdy komuś utknie skórka od kiełbasy w gardle. Tym razem – to było, to pierwsze.
— Ja wam powiem – powiedział cicho Stachu – my tu na wsi to już dawno przestaliśmy wierzyć w tych polityków. My chcemy tylko, żeby droga była zrobiona, żeby sklepu nie zamykali przed 18 i żeby nikt nam nie kazał zakładać czapki MAGA jak idziemy na zebranie wiejskie. A oni? Oni się kłócą, kto bardziej lubi Trumpa. Jakby to było hasło na kolonie patriotyczne.
Rychu dodał:
— Tusk przynajmniej wie, że nie jesteśmy republiką bananową. Chociaż… patrząc na to, co się dzieje, to ja już sam nie wiem. Może jesteśmy, tylko bananów brak.
I wtedy padła mądrość dnia:
— Widzicie, chłopy – westchnął Wiesiek, zaciągając się dymem – Polska polityka to jak stara lodówka. Burczy, piszczy, coś tam chłodzi, ale i tak wszystko w środku śmierdzi. I najgorsze, że każdy ma pomysł, jak ją naprawić, ale nikt nie chce się pobrudzić.
Podsumowanie z głębi stodoły:
W Bielejewie nie potrzebujemy nowego Ikara. Wystarczy nam, żeby ktoś posprzątał po poprzednim, co spadł. Nie potrzebujemy cytatów z Fox News ani flagi USA na balkonie. Potrzebujemy chleba, nie igrzysk. A najlepiej chleba z pasztetem i ogórkiem – bo to przynajmniej trzyma się kupy, w przeciwieństwie do koalicji.
I jak mawia stary Zdzichu z Bielejewa: „Jak polityk ci coś obiecał, to trzymaj się portfela. A jak mówi, że będzie transparentność – to znaczy, że już coś kombinuje.”
A teraz wracajcie do śniadania. Bo polityka polityką, ale jajecznica z sześciu jaj się sama nie zje.

Dodaj komentarz