IGA NA ROWERKU, A POLITYKA NA TACZCE

Warszawa

(czyli niedzielny przegląd absurdów z truskawką na torcie i majonezem w zupie)

W sobotnie popołudnie, gdy przeciętny Polak zmagał się z dylematem „czy grillować karkówkę, czy może jednak szaszłyka”, nasza narodowa bohaterka z Raszyna postanowiła dokonać rzeczy niemożliwej. Iga Świątek rozjechała Amandę Anisimovą w finale Wimbledonu 6:0, 6:0 – czyli bez straty gema. Bez litości. Bez zwolnienia. Bez uprzedzenia.

To pierwszy taki finał od 114 lat. Poprzednio tak jednostronny mecz zafundowała sobie w 1911 roku pewna Brytyjka, kiedy Polska była jeszcze tylko marzeniem legionisty i natchnieniem sienkiewiczowskiej frazy. Iga nie zagrała – ona przejechała po Anisimovej jak pług śnieżny po drodze powiatowej w styczniu. Czyli zdecydowanie i bez odwołania.

Naród ogłosił sukces. Media zawyły z radości. Twitter eksplodował. Robert Lewandowski pogratulował – i, w geście tak tajemniczym, że aż sakralnym – kogoś zablokował. Być może Anisimovą. A może Bońka. Może samą Igę, by nie przeszkadzała mu w budowaniu narracji o byciu jedynym bohaterem narodowym.

Wszyscy byli dumni. Nawet ci, co do tej pory myśleli, że Wimbledon to miejscowość pod Warszawą z outletami.


Duda – człowiek bez planu, za to z zięciem

W tym samym czasie, w cieniu kortów i świeżo skoszonej trawy, Andrzej Duda kończy swoją prezydencką przygodę i… nie wie, co dalej. Bo, jak powiedziała jedna z dziennikarek: „o Andrzeju Dudzie zapomnimy 7 sierpnia”. To będzie ten moment, kiedy nawet GPS nie będzie już wiedział, jak się nazywa.

Z planu zostania prezesem Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego nic nie wyszło, choć – uczciwie mówiąc – Duda z ogniem olimpijskim coś jednak miał wspólnego. Przynajmniej w oczach tych, którzy widzieli w nim symbol gasnącej demokracji.

Z planu „zostanę premierem PiS-u z Konfederacją” też raczej nici, bo nawet Grzegorz Braun – człowiek, który widzi masonów w gaśnicach – nie chce się z nim fotografować.

Córka wyszła właśnie za mąż, ale – tu zawód dla miłośników rodzinnych biznesów – zięć jest prawnikiem, nie mechanikiem. Nie będzie więc warsztatu „Duda & Zięć: Naprawiamy to, czego nie podpisaliśmy”. Zostaje więc jeszcze opcja kariery komentatora sportowego w TVRepublika: „Tu Andrzej Duda, dziś relacjonuję mecz, którego nie oglądałem, ale i tak wiem, kto przegrał”.


Nawrocki – prezydent z misją (tylko nie wiadomo jaką)

Na jego miejsce szykuje się już Karol Nawrocki, człowiek, który wygląda jakby właśnie skończył pisać doktorat o klęsce Sanacji i teraz zamierza to samo zrobić z demokracją. Plan ma prosty: zbudować w Pałacu alternatywny rząd. Tak. Bo skoro nie można mieć realnej władzy, to można chociaż udawać.

Według planów będzie zgłaszał ustawy, zwoływał Rady Gabinetowe i generalnie robił wszystko, żeby Tusk miał mniej czasu na kawę. To taka wersja rządzenia dla tych, co nie mogą, ale bardzo chcą. Coś jak robienie kół z plasteliny, gdy inni budują mosty.

Opozycja mówi, że Nawrocki może być zagrożeniem dla Kaczyńskiego. A to zabawne, bo wygląda bardziej jak zagrożenie dla sensu wypowiedzi publicznej.


Szymon Hołownia, czyli Marszałek Zawieszenia

Marszałek Hołownia w ostatnich dniach przypomina polityczne Pendolino – tylko że bez kierunku, bez konduktora i z opóźnieniem. Tu spotkanie z Bielanem, tam z PiS-em, gdzie indziej przeciek, że dostał „sugestię” od Tuska, żeby przesunąć zaprzysiężenie Nawrockiego.

Szymon „Światło w tunelu” Hołownia coraz częściej świeci nie tam, gdzie trzeba. Był kiedyś nadzieją na nową jakość. Dziś jest czymś w rodzaju cichego alarmu – niby działa, ale właściwie nie wiadomo przed czym ostrzega.


Grzegorz Braun – wściekła gaśnica polskiej polityki

Tymczasem Grzegorz Braun – jedyny człowiek, który w Sejmie czuje się jak bohater „Mad Maxa” – dalej niszczy, demoluje i neguje. Holocaust, flagi, święta, wystawy – wszystko, co nie pasuje do jego wizji świata, kończy pod gradem słów lub strumieniem z gaśnicy.

I nic. Prokuratura analizuje. Policja kiwa głową. Immunitet roztacza nad Braunem błogosławieństwo jak aureola nad świętym niszczycielem. A jego poparcie rośnie, bo przecież „mówi, co myśli”, czyli – tłumacząc na polski – „nie ponosi konsekwencji”.


Małgorzata Manowska, czyli ostatni dzwonek Sądu Najwyższego

W tym samym czasie, kiedy Iga serwowała bezbłędnie, Małgorzata Manowska zaserwowała ostatni akt neo-reformy sądownictwa: przejęcie kontroli nad Izbą Pracy i Ubezpieczeń Społecznych, ostatnią ostoją legalizmu w Sądzie Najwyższym. Teraz, dzięki jej staraniom, SN przypomina bardziej Centralny Dom Towarowy zarządzany przez nominatów Zbigniewa Ziobry.

Siedem śledztw wszczętych przeciw niej, zarzuty, uchylanie się od orzeczeń TSUE – a Manowska trwa. I coraz bardziej wygląda na to, że jej ostatecznym celem jest nie reforma wymiaru sprawiedliwości, lecz jego recykling.


A za granicą… świat też nie leży spokojnie

W Stanach Zjednoczonych Donald Trump zapowiedział 30-procentowe cła na towary z UE i Meksyku. W listach do Ursuli von der Leyen i prezydent Meksyku napisał, że „dłużej tego nie zniesie”. Czego dokładnie – nie wiadomo. Prawdopodobnie istnienia Europy.

Putin – z kolei – doradza Iranowi, by dogadał się z USA. Co brzmi mniej więcej tak, jakby Hannibal Lecter nagle polecał dietę wegańską. A Ukraina wciąż pod ostrzałem, Zełenski błaga o Patrioty, a Trump deklaruje „ważne oświadczenie”. Czyli nic nowego.


Tusk – ostatni normalny człowiek w barze „U Jarosława”

W tym całym sejmowo-sądowo-wimbledońskom młynie Donald Tusk wygląda jak jedyny człowiek, który jeszcze wie, po co przyszedł do pracy. Rządzi, organizuje rekonstrukcję, przegląda notowania, zderza się z ambicjami Hołowni, rozważa, gdzie jeszcze można posadzić Giertycha.

I choć krytycy zarzucają mu wszystko – od braku empatii po nadmiar empatii – to w tej chwili jest jedynym, który nie przynosi do Sejmu gaśnicy, nie zwołuje alternatywnego rządu i nie chce być premierem po zakończeniu prezydentury.


A teraz, szanowni czytelnicy, wracajcie do swojej jajecznicy. Bo choć Iga Świątek rozjeżdża światowe korty bez straty gema, to polska polityka nadal porusza się na oponach z gwoździami.

Ale nie traćcie nadziei. Może kiedyś i u nas polityka będzie wyglądała jak mecz Świątek – dynamiczna, skuteczna i bez zbędnych gierek. Choć – uczciwie mówiąc – raczej będzie to Wimbledon 2139.

A do tego czasu: rowerek dla Igi, taczka dla reszty.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights