



Polityka w Polsce przypomina dziś lunapark po godzinach: światła migają, maszyny trzeszczą, a obsługa dawno uciekła w popłochu, zostawiając nas między gabinetem krzywych luster a karuzelą, która kręci się tylko dlatego, że nikt nie znalazł wyłącznika. Ego polityków rozsadza scenę jak para z gotującego się garnka, ambicje rosną jak ciasto drożdżowe zostawione przy kaloryferze, a kłamstwo… kłamstwo jest jak ketchup — pasuje do wszystkiego i zawsze jest pod ręką.
Polska scena polityczna to zawody w przeciąganiu liny między przegrywami. Tyle że lina już sparciała, zawodnicy chwieją się jak po imieninach u wujka, a publiczność dawno wyszła — zostali tylko techniczni, którzy sprawdzają, czy ktoś nie ukradł kabli.
HOŁOWNIA — ŚWIĘTY OD UROJONYCH MISJI I MĘCZENNIK OD SELFIE
Szymon Hołownia — polityk, który mógł być reformatorem, ale wolał zostać celebrytą od moralnych wzruszeń. Obraża się na politykę jak nastolatek na rodziców, że nie przedłużyli internetu. Jego „odejścia z polityki” są jak promocje w Lidlu — co tydzień nowe.
Za każdym razem, gdy pojawia się kamera, Hołownia czuje, że historia zatrzymała się specjalnie dla niego. Jego wyimaginowane krzywdy wobec Trzaskowskiego i KO można by spisywać w odcinkach jak brazylijską telenowelę: „Zranione Ego 2050”.
Partia rozpadła mu się szybciej niż beza na deszczu, a on wciąż wierzy, że wróci „z misją”. Ale misję to mają ratownicy górscy — Hołownia ma co najwyżej misję ratowania własnego wizerunku, i to nieudolną.
„I wtedy wszedł on — cały na żółto” — powiedziałby narrator, gdyby to nie było tak tragikomiczne.
KACZYŃSKI — STARZEC Z PORCELANY I MITU
Kaczyński to relikt epoki, która dawno się skończyła, ale ktoś zapomniał mu powiedzieć. Jego wizja Polski przypomina stary notatnik z lat 70.: wiele żółtych kartek, sporo podkreśleń i ani jednej aktualnej informacji.
Prezes próbuje nadal grać rolę mędrca, ale jego wypowiedzi brzmią jak instrukcje obsługi do telewizora Unitra — stare, niezrozumiałe i nieprzystające do XXI wieku. Gdy ogłasza, że „ma w sercu kandydata na premiera”, to jakby mówił, że znalazł w kieszeni płaszcza cukierka — niby miło, ale wszyscy wiedzą, że jest nieświeży.
Kaczyński rozdziela role w partii jak nauczyciel gimnazjum miejsca na wycieczce. Problem w tym, że autobus dawno odjechał, a on stoi na przystanku i macha rozkładem jazdy.
MORAWIECKI — BANKIER, KTÓRY ZGUBIŁ BANK, PARTIĘ I GODNOŚĆ
Mateusz Morawiecki to polityk-widmo: był premierem, premierem być chce, ale nikt już nie pamięta, po co. W PiS patrzą na niego jak na ekspres do kawy, który kosztował krocie, psuje się co tydzień, ale szkoda wyrzucić.
„Harcerze”, jego frakcja, latają po Waszyngtonie w poszukiwaniu wsparcia finansowego, bo bez funduszy Morawiecki nie stworzy nawet kółka różańcowego, a co dopiero partii. Tymczasem Konfederacja nim gardzi, PiS traktuje jak obciążenie, a wyborcy mają go w tyle głowy jak dawne hasło reklamowe — znane, ale bez znaczenia.
Morawiecki chciał być polskim Churchillem. Wyszedł z tego polski wersja powerpointowej motywacji z korporacyjnego open space’u.
KONFEDERACJA — BRACTWO ŚWIĘTEGO ABSURDU, SEKCJA EKSPERYMENTALNA
Konfederacja to polityczne zoo. Mentzen — ekonomista od memów, Bosak — wieczny ministrant, który zagubił się w polityce, i Braun — człowiek, który mógłby egzorcyzmować lodówkę, bo „szumi niepokojąco”.
Mentzen kłamie szybciej, niż Bosak robi unik przed tematem aborcji. Ich wizja państwa to libertariański Dziki Zachód, gdzie podatki nie istnieją, państwo nie istnieje, a jedyne, co istnieje, to chaos w błyszczącej oprawie.
Gdyby oddać im do prowadzenia budkę z goframi, najpierw prywatyzowaliby mąkę, potem wprowadzili wolny rynek syropu klonowego, a na końcu spaliliby wszystko, twierdząc, że to „sprawność działania”.
A Braun? Braun jest definicją paranoi. Różańcem w ręku próbowałby powstrzymać zmianę opon na zimowe.
LEWICA — ORKIESTRA BEZ DYRYGENTA
Lewica w Polsce to zespół, który ma świetne instrumenty, ale ciągle gubi nuty. Niby chcą dobrze, niby wartości mają szlachetne, ale politycznie są jak rower na kwadratowych kołach.
Zandberg uważa się za wizjonera rewolucji, ale jego wizje są tak mgławicowe, że nawet teleskop Hubble’a nie wyostrzyłby obrazu. Razem pisze analizy, diagnozy, manifesty — wszystko poza strategią, która pozwoliłaby im wygrać choć jedno poważne starcie.
Lewica nie jest zła. Jest po prostu niezdolna do działania, jak komputer z 1999 roku — niby działa, ale nikt nie chce już go używać.
PSL — ROTACYJNE CENTRUM DECYZYJNE WSZYSTKIEGO I NICZEGO
PSL działa tak, jakby Kosiniak-Kamysz miał w gabinecie wielkie koło fortuny z napisami „Koalicja”, „Nie koalicja”, „Zobaczymy”, „Jutro pogadamy”, „Może tak, może nie”.
Gdy PSL wchodzi do koalicji, mówi, że „robi to dla Polski”. Gdy wychodzi — też „dla Polski”. Gdy nie wie, co robi — to „rozważają”.
To partia, która zawsze spada na cztery łapy, choć nikt nie wie jak — pewnie przez lata wypracowali instynkt samozachowawczy silniejszy niż u kotów.
NAWROCKI I JEGO KRĄG CIEMNOŚCI
Karol Nawrocki to prezydent, który dostał urząd przypadkiem, a teraz udaje, że był przygotowywany od dziecka. Jego otoczenie to galeria osobliwości:
- Cenckiewicz — historyk, który historię traktuje jak piłę łańcuchową,
- Przydacz — dyplomata od obrażenia wszystkich w zasięgu wzroku,
- Bogucki — polityk tak nijaki, że mógłby reklamować farbę w kolorze „beż bez nadziei”.
To ludzie przekonani, że są herosami narodowej moralności, choć każdy ich krok podważa logikę, prawo i zdrowy rozsądek.
Ich buta jest tak ogromna, że gdyby ją zważyć, trzeba by użyć dźwigu.
PAŃSTWO W RĘKACH PRZEGRYWÓW
Polska była przez osiem lat laboratorium głupoty — eksperymentowano ze wszystkim: prawem, mediami, instytucjami. Wyszło jak zwykle: dym, kurz i rachunek do zapłacenia.
A dziś przegrywy w garniturach znowu ustawiają się w kolejce po władzę, jakby rozdawano darmowe kiełbasy na festynie.
Ich jedyne doświadczenie to niszczenie. Ich jedyna motywacja to zemsta. Ich jedyny plan to powrót do przeszłości, która nikomu nie służyła.
NA TLE ŚWIATA — JESZCZE WIĘKSZY CYRK, TYLKO BILETY DROŻSZE
Jeśli komuś wydaje się, że polska polityka osiągnęła poziom absurdu, którego nie da się przebić, wystarczy spojrzeć na globalną scenę — tam dopiero rozstawiono trampolinę pod głupotę.
Trump, prezydent o ego większym niż powierzchnia Florydy, obraża sędziów, konstytucję, własnych doradców i wszystkich, którzy nie klaszczą w rytm jego monologów. Marzy mu się władza absolutna, najlepiej z opcją „wyłącz języki krytyków jednym przyciskiem”. W normalnym kraju takie zachowania kwalifikowałyby się do terapii. W USA kwalifikują się do sondaży.
Putin, z kolei, bawi się w cara, który zapomniał, że imperium przestało istnieć trzy pokolenia temu. Rosja tonie w błocie własnej wojny, armia kruszeje jak gipsowa figurka, a on dalej stoi na monstrualnym piedestale swoich urojeń. Z perspektywy Kremla rzeczywistość jest jak krajobraz po bitwie — pełen dymu, ognia i kłamstwa.
Europa patrzy na to wszystko jak matka na swoje niesforne dzieci: jedno rzuca się po podłodze, drugie demoluje pokój, trzecie zjada klej. A mimo to musi działać — koordynować, wspierać Ukrainę, tłumaczyć demokrację tym, którzy myślą, że jest opcjonalna.
W tym światowym chaosie Polska wypada jak kraj, który próbuje nadrobić lata zaniedbań, jednocześnie odpędzając widmo powrotu bandy politycznych sabotażystów. Bo choć obecna władza robi swoje, to po kątach kręcą się ci wszyscy przegrywy, idioci, smakosze stanowisk i demolatorzy instytucji, którzy wciąż marzą o rewanżu.
I POMYŚLEĆ, ŻE WYSTARCZYŁOBY MNIEJ EGOCENTRYKÓW, A WIĘCEJ NORMALNOŚCI
Gdyby politycy mieli mniej ego, a więcej mózgu, mniej ambicji, a więcej przyzwoitości — mielibyśmy kraj spokojniejszy niż jezioro Ontario o świcie.
Ale nie, oni wolą chaos, dramat, intrygi i wieczne kłamstwo. Bo w końcu czym jest państwo w oczach politycznego idioty?
Tylko sceną do autopromocji.
A społeczeństwo?
Publicznością, która zawsze zapłaci za bilety — nawet jeśli przedstawienie dawno przestało być śmieszne.
Koniec końców zostajemy my: obywatele, którzy muszą posprzątać po politycznych przegrywach, zanim znów odpalą karuzelę głupoty.
I choć świat płonie, a Polska walczy o powrót do normalności, to jedno jest pewne — idioci w polityce nigdy nie znikną. Mogą się tylko przemieszczać, rozmnażać i udzielać wywiadów.
A naszym jedynym obowiązkiem jest się z nich śmiać, zanim znów postanowią nami rządzić.

Dodaj komentarz