HOŁOWNIOWY DYM I NAŁĘCZOWY PUSTOSTAN, CZYLI POLITYCZNY ESCAPE ROOM BEZ KLAMKI

Warszawa

Czytelniku, przywiąż się do krzesła, bo zaraz odlecimy na orbitę absurdu – tę samą, na której dryfują Szymon Hołownia i Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, polityczne rodzeństwo bliźniaczo podobne do pary konferansjerów, którzy zgubili kartkę ze scenariuszem, ale dalej brną w show, bo przecież sala patrzy.

Zacznijmy od Hołowni. Człowiek, który odmawia rządzenia partią, ale nie odmawia zabierania głosu. Deklaruje, że nie chce być premierem, liderem ani prezydentem (przynajmniej przez chwilę), ale bardzo chętnie zostanie… wicemarszałkiem. W sensie: niższy rangą marszałek. Tak jakby ktoś stwierdził, że nie ma ochoty grać pierwszych skrzypiec, ale zagra na plastikowej trąbce, byle stać z przodu orkiestry.

Szymon Hołownia – człowiek, który w polityce chce być wszystkim, tylko nie odpowiedzialnym.


POLITYK POKOJU. I PROCEDUR.

Hołownia ostatnio głosował za skierowaniem prezydenckiego projektu ustawy o CPK do komisji. Proceduralnie. Bo przecież to nie jest decyzja, to jest… gest. Subtelny, pozbawiony znaczenia, absolutnie bez wpływu na nic, poza tym, że uratował twarz Karola Nawrockiego, sprawiając, że ten mógł się obwołać „sprawczym prezydentem”, a Donald Tusk – dla odmiany – został wystawiony do wiatru, niczym parasol bez rączki.

Proceduralne głosowanie Hołowni ma się do lojalności koalicyjnej jak poradnik składania mebli IKEA do architektury wnętrz. Niby pomocne, ale koniec końców zostajesz z trzema śrubkami, których nie wiesz gdzie wkręcić, i jednym premierem, który trzyma się ściany.


WIELKA MISJA WYBORU NIE-PRZEWODNICZĄCEGO

Teraz Hołownia – niczym Gandalf we własnej fanfikcji – schodzi z tronu przewodniczącego partii. Oddaje stery komuś, kto „poprowadzi Polskę 2050 do zwycięstwa”. Ale sam dalej będzie „doradzał, wspierał i rozmawiał z ludźmi”.

Czyli, jak rozumiem: nie chcę być kapitanem, ale zostaję na mostku, będę trąbił, rysował mapę i poprawiał sterowniczych, bo przecież się znam.

To trochę tak, jakby fryzjer odmówił strzyżenia, ale nadal biegał po salonie z nożyczkami i mówił klientom: „Nie tak, nie tak, ja bym zrobił grzywkę na lewo”.


NAŁĘCZOWY WICEPREMIER I WIELOWYBORY Z LUSTREM

A teraz – uwaga – na scenę wchodzi Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, specjalistka od funduszy, konferencji prasowych i autokreacji. Z energią licealistki startującej w wyborach na przewodniczącą samorządu, oznajmia, że Hołownia będzie wicemarszałkiem, bo tak wyszło z kalkulacji partyjnej.

I że będą wybory na wicepremiera! Wtorek! Emocje sięgają poziomu parującego rosołu.

W dodatku, jeśli wierzyć wypowiedziom samej Nałęcz, to ona powinna być tym wicepremierem. Przynajmniej tak wynikało z rozbrajająco szczerego „ALE TO JA MIAŁAM BYĆ!” wygłoszonego przy mikrofonie z dramatyzmem godnym opery mydlanej klasy C+.

To jakby ktoś grał w grę planszową „Rząd 2050”, gdzie każda karta to „Twój ruch nie ma znaczenia, ale wykonaj go z dumą”.


„NIE KANDYDUJĘ”, CZYLI TAKTYKA POLITYCZNEGO ZNIKANIA BEZ ZNIKANIA

Hołownia ogłasza, że nie będzie kandydował na szefa partii, nie zostanie wicepremierem, nie przejmie rządu, ale za to będzie „jeździł po kraju i rozmawiał z ludźmi”.

Cudownie. Będzie można spotkać Szymona w Piasecznie, Gorzowie, a może nawet w pociągu do Chełma, gdzie z empatią zagadnie o demokrację i środowisko, zapytany, czy pociąg opóźniony.

To jakby kierowca autobusu ogłosił, że nie jedzie, ale siada z tyłu i rozmawia z pasażerami o kierunkach.


SZKODNIK, ALE Z UŚMIECHEM

Problem polega na tym, że Hołownia – mimo swojego anielskiego uśmiechu i talentu do cytatów z „Dzienniczka św. Faustyny” – szkodzi. I to nie PiS-owi. Nie Konfederacji. Nawet nie Lewicy.

Szkodzi własnej koalicji.

Zamiast wyciszyć napięcia z prezydentem Nawrockim, to je podkręca. Zamiast utrzymać dyscyplinę w Sejmie, to ją rozmywa. A zamiast przyznać się do politycznej dezorientacji, woli opowiadać, że wszystko to część misternego planu, którego celem jest „rozmowa, pokój i pluralizm”. Czyli wielki polityczny koc termiczny – przykryje wszystko, ale niczego nie rozgrzeje.


NA ZAKOŃCZENIE – CZYLI KOMU POTRZEBNY TEN WICECOŚ?

Hołownia dziś jest jak bohater z kreskówki: wciąż wpada w tarapaty, ale dzięki niewyjaśnionemu urokowi wciąż wraca na ekran. I chyba właśnie o to mu chodzi – nie rządzić, nie odpowiadać, tylko być. Wciąż obecny. Trochę jak zapach ryby w mikrofali: nikt nie wie, kto ją tam zostawił, ale wszyscy muszą z tym żyć.

A pani Nałęcz? Cóż, ona próbuje zrobić z siebie „drugą osobę w państwie”, ale przypomina raczej osobę, która stoi w kolejce do funkcji, nie wiedząc, po co ta kolejka.


I TAK SOBIE TRWA TA POLITYKA 2050 – pełna ludzi, którzy nie chcą władzy, ale bardzo chcą stanowisk. Którzy nie chcą kandydować, ale chcą wygrywać. I którzy nie chcą decydować, ale zawsze mają ostatnie słowo.

Nie wiem, kto pisze ten scenariusz, ale mam wrażenie, że to algorytm odkurzacza Roomba — jedzie, odbija się od ściany, kręci się w miejscu, po czym z powagą sygnalizuje: czyszczenie zakończone.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights