HOŁOWNIA, CZYLI CZŁOWIEK, KTÓRY POMYLIŁ POLITYKĘ Z CASTINGIEM

Warszawa

Poniedziałkowe popołudnie ma w sobie coś z kacowego moralitetu, bo człowiek siedzi nad zimną kawą, patrzy w ekran i ma poczucie, że świat wrócił do pracy, tylko sens gdzieś po drodze zgubił kurtkę i już jej nie znajdzie. Jeszcze wczoraj naród piekł kiełbasy, wznosił toasty i opowiadał sobie, że wszystko będzie dobrze, a dziś wraca do rzeczywistości, w której prokuratorzy, z miną księgowych apokalipsy, dopinają wnioski o uchylenie immunitetu dla Szymona Hołowni.

I nagle ta kawa robi się gorzka, ale nie przez smak, tylko przez refleksję. Oto człowiek, który wchodził do polityki jak do studia telewizyjnego, z reflektorem w oku i gotowym monologiem, zaczyna odkrywać, że w tej branży scenariusz piszą nie spin doktorzy, tylko rzeczywistość. A ona, jak wiadomo, ma poczucie humoru ponure i lubi żarty, które zaczynają się śmiechem, a kończą protokołem przesłuchania.

Cała ta historia z Collegium Humanum jest zresztą tak piękna w swojej absurdalnej prostocie, że powinna być wykładana na pierwszym roku politologii jako studium przypadku: jak nie pomylić papieru z rzeczywistością. Oto bowiem mamy uczelnię, która rozdawała dyplomy szybciej niż majówkowe kiełbasy znikają z grilla, mamy rektora z zarzutami jak katalog IKEA – długi, ciężki i do samodzielnego składania – i mamy polityków, którzy nagle odkrywają, że ich edukacja przypomina bardziej legendę miejską niż życiorys.

A pośrodku tego wszystkiego stoi Szymon Hołownia i mówi z kamienną twarzą, że nie był tam ani razu, nie spędził ani minuty, nie widział, nie słyszał, nie uczestniczył, nie istnieje w tej historii w żaden sposób.

I człowiek zaczyna się zastanawiać, czy to jeszcze polityka, czy już fizyka kwantowa. Bo jeśli można mieć dyplom z uczelni, na której się nie było, to równie dobrze można mieć mandat wyborczy bez wyborów i sumienie bez używania. To nie jest już Collegium Humanum. To jest Collegium Cudum.

A obok tej sceny stoi Michał Kobosko, cały na biało jak kurier dobrych intencji, i mówi, że zaniósł dokumenty „na zasadzie koleżeńskiej”. I w tym jednym zdaniu mieści się więcej prawdy o III Rzeczypospolitej niż w tomach raportów i analiz, bo państwo, które miało być systemem, okazuje się siecią przysług, uśmiechów i dyskretnych kopert z papierami, które same się podpisują.

Wyobraźmy sobie tę scenę dokładniej, powoli, jak w filmie kręconym na zwolnionym tempie. Biuro uczelni, zapach kawy, papiery leżące w równych stosach, cisza urzędowa, która zawsze brzmi jak niedopowiedziane „i tak nic nie zrobimy”. Drzwi się otwierają, wchodzi człowiek z teczką, kładzie dokumenty na biurku i mówi coś o przyszłości, o planach, o edukacji. Nikt nie pyta o szczegóły, bo szczegóły są dla ludzi bez wyobraźni. Dokumenty zostają, człowiek wychodzi, system działa dalej, jakby nic się nie wydarzyło, czyli dokładnie tak, jak działa najlepiej.

A Hołownia? Hołownia w tym czasie jest gdzie indziej. On zawsze jest gdzie indziej. Na scenie, w świetle reflektorów, w zdaniu, które dobrze brzmi i jeszcze lepiej się sprzedaje. I nagle ktoś mówi: masz dyplom. A on odpowiada, że nie wie, skąd, ale skoro jest, to pewnie coś znaczy.

I tu, gdzieś w połowie tej opowieści, powinno paść jedno zdanie, takie krótkie, bezczelne, z rodzaju tych, które zostają pod powieką jak paproch: jeśli to były studia, to ja jestem kardiochirurgiem po obejrzeniu serialu medycznego.

Ale to jest dopiero początek spektaklu. Bo kiedy sprawa zaczyna żyć własnym życiem, Hołownia robi to, co robi najlepiej – zaczyna opowiadać. Opowiada o tym, że jest ofiarą, że ktoś go wpisał, że ktoś coś zrobił, że system zawiódł, że rzeczywistość się pomyliła. I robi to z taką pewnością, z takim spokojem, z takim przekonaniem o własnej narracyjnej racji, że przez chwilę człowiek zaczyna się zastanawiać, czy może rzeczywiście świat działa na zasadzie opowieści, a nie faktów.

A potem przypomina sobie resztę tej historii, tę długą, krętą drogę od telewizyjnego show do politycznej sceny, która coraz bardziej przypomina kabaret bez reżysera. Przypomina sobie nocne spotkania z Jarosławem Kaczyńskim, tłumaczone potem jak dziecinny wybryk, który nagle urósł do rangi „błędu komunikacyjnego”. Przypomina sobie opowieści o zamachu stanu, które po kilku dniach okazały się metaforą, diagnozą, żartem, czymkolwiek, byle nie odpowiedzialnością za słowo.

Przypomina sobie partię, która chciała wprowadzić głosowanie przez internet, a nie potrafiła przeprowadzić własnych wyborów bez awarii systemu, jakby ktoś próbował zbudować rakietę z części od tostera. Przypomina sobie rozłamy, podziały, kolejne nazwy, które brzmiały jak projekty start-upów, a kończyły jak rodzinne kłótnie przy niedzielnym obiedzie.

I wreszcie przypomina sobie sondaż. Zero przecinek siedem procent. To jest liczba, która nie jest już wynikiem politycznym, tylko przypisem. To jest moment, w którym projekt przestaje być projektem, a zaczyna być anegdotą, którą opowiada się przy stole, żeby rozładować napięcie.

Bo można w polityce wiele. Można się mylić. Można zmieniać zdanie. Można nawet przesadzać. Ale nie można jednego. Nie można obiecywać nowej jakości, a dostarczać starego chaosu w nowym opakowaniu. Nie można mówić o standardach, a potem przechodzić nad nimi do porządku dziennego, jak nad prognozą pogody. Nie można robić z państwa sceny, na której wszystko jest możliwe, bo nic nie jest sprawdzalne.

I dlatego ten felieton nie kończy się śmiechem. Bo śmiech jest łatwy.

Kończy się czymś gorszym. Cichym pytaniem, które zostaje z człowiekiem na dłużej niż poniedziałkowa kawa, jak niestrawność po czymś, co wyglądało dobrze, a okazało się kiepskie.

Bo może problem nie polega już na Hołowni.

Może problem polega na tym, że zaczęliśmy traktować politykę jak serial, w którym ważne jest nie to, co się wydarzyło, tylko jak to zostało opowiedziane.

A wtedy każdy może być kim chce. Studentem bez studiów. Liderem bez partii. Sumieniem bez rachunku.

I wszystko się zgadza, dopóki ktoś nie zapali światła. A kiedy zapala się światło, zostaje tylko scena. Pusta. Z rekwizytami, które jeszcze chwilę temu udawały rzeczywistość. I jednym aktorem, który nadal gra, choć publiczność już wyszła.

I to jest ten moment, w którym robi się naprawdę cicho. Bo nagle okazuje się, że to nie był spektakl o nim. To był spektakl o nas. A my, proszę państwa, kupiliśmy bilety. I jeszcze się dziwimy, że grali to, co chcieli.


  1. Tadeusz Drozda

    Skoro facet używał dyplomu uczelni, w której ani razu nie był, to popełniał przestępstwo

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights