GRZMOTY Z CHLEWIKA, CZYLI MARCIN PRZYDACZ I KOSMICZNA DYPTYKA BEŁKOTU

Warszawa

Gdyby Marcin Przydacz był instrumentem muzycznym, byłby fujarką. Taką z odpustu, dmuchaną przez niezdarne dziecko, która wydaje dźwięki tylko wtedy, gdy przelatuje przez nią wiatr górnolotnych ambicji i pustki merytorycznej. W ostatnich dniach fujarka Przydacza zagrała koncert fałszu, obłudy i kompletnego niezrozumienia roli, jaką przyszło mu odegrać — zaiste, tragikomedii polskiej polityki.

Po sejmowym wystąpieniu Radosława Sikorskiego — który niczym polityczny perfumiarz rozpylił w izbie odświeżający aromat konstytucji, logiki i zachodniego rozsądku — pan Marcin, wierny adiutant prezydenta Nawrockiego, zareagował tak, jak reaguje piesek na dźwięk dzwonka do drzwi: szczekaniem, które ma zasłonić fakt, że w sumie nie wiadomo, po co ten piesek tam jest.

Przydacz, jak zwykle, postanowił się „odnieść”, a więc odpalić karuzelę żenującej retoryki, w której Putin uśmiecha się, Sikorski nie dostał kiedyś prezydentury, a prezydent Nawrocki — ten sam, który przemilczał rosyjskie bombardowania i antyeuropejski marsz — rzekomo błyszczy jak gwiazda NATO, bo kiedyś Trump zrobił sobie z nim selfie.

No to gratulacje, naprawdę. W świecie Przydacza każde zdjęcie z byłym prezydentem USA to glejt na prowadzenie polityki zagranicznej w trybie „pocztówka z wakacji”. A że logika konstytucji leży gdzieś między słownikiem łacińskim a poradnikiem grzybiarza, to już mniejsza o to. Marcin cytuje artykuły Konstytucji z zapałem maturzysty, który w dniu egzaminu myśli, że Lex szmata to jakiś tekst źródłowy.

Bo widzicie, problem polega na tym, że Sikorski wytknął coś niewybaczalnego: że Nawrocki nie reprezentuje Polski, tylko swoje politgramoty pisane w piwnicach IPN-u na papierze czerpanym z tęsknoty za PRL-em. I że kiedy bełkocze o „oddawaniu suwerenności”, brzmi jakby właśnie przeczytał traktat z Brugii na głos, ale do tyłu.

I oto pojawia się Przydacz — święty Marcin bez konia, ale za to z pretensją — i oświadcza, że Sikorski… obraża Polaków, obraża prezydenta, i w ogóle Putin się uśmiecha, co już samo w sobie jest osiągnięciem, bo nie wiedzieliśmy, że Marcin Przydacz ma bezpośrednie połączenie z emocjonalnym centrum twarzy Władimira.

Swoją drogą, to fascynujące, jak obsesyjnie pisowskie kadry mówią o Putinie tylko wtedy, gdy mogą wykorzystać go jako hologram strachu. Ale gdy Sikorski zamyka rosyjski konsulat, to nie słychać braw — tylko jęki, że „to nie czas na wewnętrzne spory”. Cóż, najwidoczniej zdaniem pałacu prezydenckiego, jedność narodowa zaczyna się od uległości wobec paranoi Karola Nawrockiego i kończy się tam, gdzie konstytucja śmie im przypomnieć, że to nie ich piaskownica.

Karol Nawrocki, przypomnę — mąż stanu na miarę powiatu, który z niewzruszoną miną deklaruje, że nie chce, by Polska była „papugą narodów”. Tymczasem papuguje każdego antyunijnego buca z Węgier i każdego poplecznika Orbána, jakby właśnie skończył intensywny kurs z „przypadkowego putinizmu dla początkujących”.

W tej operetce politycznej Przydacz gra rolę klauna, który zgubił perukę i został z samą pomadą na ustach. Człowiek, który mówi o „wezwaniu do współpracy” i jednocześnie wali pięścią w stół, przypominając nam, że nic nie rozumie z zasad ustrojowych, bo najwyraźniej Konstytucję RP przeczytał raz — na dyplomatycznym escape roomie.

Przydacz sugeruje, że krytyka prezydenta w czasie zagrożenia to sabotaż. Cóż, przypomnijmy mu, że nie żyjemy w monarchii, gdzie każdy bełkot z tronu staje się dogmatem. A że Sikorski trafił celnie, to widać po tym, jak PiS-owska szarańcza, zamiast słuchać, salwowała się ucieczką z sali sejmowej. Trzeba przyznać: w obliczu logiki, prawdy i faktów, najlepszą strategią tych ludzi jest dezercja.

Podsumowując, Sikorski mówi jak człowiek, który zna protokół, historię i alfabet, Przydacz mówi jak człowiek, który znalazł kiedyś słownik polityczny i używa go jako podpórki do monitora.

Ale nie martw się, Marcinku, kiedyś i ty dojdziesz do momentu, w którym zrozumiesz, że nie da się prowadzić polityki zagranicznej za pomocą wykresów z PowerPointa i słów „opamiętaj się”. Choć w sumie… może lepiej, żebyś nie dochodził. Polska i tak już sporo przeszła.

Na razie dmuchaj dalej w swoją fujarkę. Może jeszcze ktoś zatańczy.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights