GRA O WSZYSTKO: ORBÁN GRA W MADZIARSKIEGO PAC-MANA, A TUSK W OSTATNIEGO SPRAWIEDLIWEGO

Warszawa

Wydaje się, że Viktor Orbán właśnie złożył deklarację neutralności. Niestety, nie wobec wojny, tylko wobec rozumu.

Premier Węgier postanowił napisać do Donalda Tuska coś, co brzmiało jak list do Świętego Mikołaja, ale zaczynało się od: „Grasz w niebezpieczną grę”. Tak, drodzy państwo. Kiedy Europa dyskutuje o wartościach, demokracji i egzystencjalnych zagrożeniach, Orbán wyciąga joystika i krzyczy: „To nie moja wojna!”

W serwisie X (czyli byłym Twitterze, który teraz wygląda jak zmywarka do danych) Viktor Orbán upomniał Donalda Tuska, że ten jakoby gra życiem Europejczyków, mówiąc o wojnie w Ukrainie jako „naszej wojnie”. Tusk w ramach Warsaw Security Forum powiedział głośno to, co wielu polityków mówi tylko w szatni przed kamerami: że wojna w Ukrainie to nie egzotyczny konflikt, ale test na przetrwanie Zachodu. Na co Viktor odpowiedział: „Nie dotyczy.”

Zadziwiające, jak premier kraju będącego w UE i NATO potrafi przemówić jak pacynka z rosyjskiej stacji RT. Ale nie zapominajmy, że Węgry pod wodzą Orbána to obecnie jedyna demokracja w Europie, która działa na systemie operacyjnym sprzed 2006 roku i w której wolność słowa została zamieniona na pakiet rodzinny z propagandą w HD.

Orbán od dawna próbuje być europejskim głosem rozsądku, tylko że jego rozsądek działa na innych częstotliwościach niż reszty kontynentu. Uważa, że sankcje na Rosję to błąd, pomoc militarna dla Ukrainy to prowokacja, a demokracja to… opcjonalny dodatek do władzy.

Twierdzi, że Ukraina przegrała wojnę, Rosja wygrała, a Węgry nie mają z tym nic wspólnego. Brzmi to jak typowy tekst sąsiada z dołu, który słyszy, że biją żonę piętro wyżej, ale mówi: „Nie moja sprawa, dopóki nie zalewa.”

Węgry blokują wszystko, co tylko mogą: rozszerzenie UE o Ukrainę, sankcje, wsparcie militarne, dostęp do niezależnych mediów. Blokują jak bramkarz z PTSD, który myśli, że każda piłka to granat. I jeszcze mówią, że robią to dla pokoju.

Co ciekawe, Ukraina – według Orbána – nie jest państwem niepodległym. No tak, bo niezależność to przecież wtedy, gdy można podpisać kontrakt gazowy z Gazpromem i nie musieć pytać Brukseli o zgodę.

Orbán twierdzi, że Ukraina „trzyma się na powierzchni tylko dzięki Zachodowi i jego broni”. Jest to opinia nie tylko cyniczna, ale i dziwnie znajoma dla każdego, kto słyszał briefing z Kremla. I właśnie dlatego Tusk grzmi, że wojna na Ukrainie to nie jest lokalny dramat, tylko część globalnej walki o model świata. A Orbán? Orbán jak zwykle odpowiada: „My tu tylko przechodziliśmy.”

Tymczasem relacje węgiersko-ukraińskie przypominają teraz toksyczny związek z poradnika psychologii stosowanej: wzajemne oskarżenia, ciche dni, a potem zamykanie dostępu do wspólnych mediów. Gdy Ukraina blokuje rosyjską propagandę, Budapeszt blokuje ukraińską prasę – na zasadzie: „A co, my nie umiemy?”

Węgierska dyplomacja idzie dalej. Padają publiczne sugestie, że Ukraina powinna oddać 1/5 swojego terytorium w imię pokoju, co brzmi jak oferta pokojowa złożona z karabinem w jednej ręce i mapą historyczną z Trianon w drugiej.

Na tym tle Donald Tusk, który nawołuje do wspólnoty, odpowiedzialności i myślenia w kategoriach globalnych, jawi się jak ktoś, kto wszedł na zebranie sąsiadów z kartką „pożar na dachu” i usłyszał: „Ale przecież to nie moje mieszkanie.”

Orbán lubi grać w swoją grę – nie tyle w strategię polityczną, co w retro wersję Pac-Mana, gdzie Putin to wisienka, NATO to przeszkoda, a Ukraina to duch, którego trzeba unikać. Wszystko, byle tylko nie przejść na poziom, w którym trzeba się zaangażować.

Europa jednak gra o coś więcej. O wiarygodność, przyszłość, bezpieczeństwo i – o zgrozo – wartości, o których tak często mówią nawet ci, którzy nie do końca wiedzą, co to znaczy.

Tusk przypomniał, że wojna to projekt autorytarny, który powtarza się jak kiepski sequel – zawsze z tą samą fabułą: odebrać wolność, przejąć kontrolę, wyprać mózgi. A Orbán? Orbán wolałby, żebyśmy wszyscy udawali, że nie ma problemu, bo może się sam rozwiąże. Albo przynajmniej zostanie zakopany pod rurą z rosyjskim gazem.

Tymczasem Węgry są coraz bardziej osamotnione w Unii. Nawet Bułgaria, do niedawna partner w transporcie rosyjskiego gazu, ogłasza odcięcie kureczka do 2027 roku. Orbán już wie, że jego polityka „niewidzialnej ręki Putina” może go w końcu zostawić na lodzie – i to bez gazu.

Możemy mieć różne poglądy, ale jedno jest pewne: nie da się stać na moście i udawać, że nie ma rzeki.

Zatem grajmy dalej, panie Viktorze. Tylko może warto czasem wyjąć wtyczkę z gniazdka Kremla i sprawdzić, czy gra, w którą pan gra, nie jest przypadkiem single player.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights