GNOM, WĘGIEL I DEKLARACJA Z DZIURY — OSTATNI STRZAŁ ŻOLIBORSKIEGO DZIWOTWORA

Warszawa

Jarosław Kaczyński znów wyszedł z cienia. Wypełzł ze swojej wilgotnej nory, by przez chwilę znów oświetlić Polskę światłem swojej zbolałej twarzy i wizji, która przypomina skrzyżowanie opowieści dziadka z demencją z kampanią marketingową sklepu ze spiskiem. Tym razem przyniósł „Deklarację Polską”, dokument o takim ładunku paranoi i narodowego lęku, że gdyby istniała apteczna ulotka do tego manifestu, ostrzegałaby przed omamami, suchością w ustach i ostrą fobią na punkcie Donalda Tuska.

W tej nowej, rzekomo epokowej deklaracji nie ma niczego nowego. To zlepek znanych refrenów, które Jarosław śpiewa od lat — fałszywie, lecz z uporem. Nie dla euro, nie dla migrantów, nie dla „ideologii zdrowia, tolerancji w edukacji”, nie dla wszystkiego, co nowe, zachodnie i nieułomne. Tak dla węgla, tak dla wykluczania, tak dla straszenia Tuskiem. A wszystko to opakowane w ton narodowego wezwania, jakby Polska miała za chwilę zostać sprzedana w pakiecie z Niemiecką Ligą Genderu i Świętym Paktem Sorosa.

Najbardziej absurdalny jest jednak apel do Konfederacji, czyli zbioru politycznych entuzjastów chaosu, anarchokapitalistycznych dzieci neoendeckiej nocy, których Kaczyński najchętniej wyciąłby z polityki, jak kurz z szafy. Ale teraz, kiedy PiS zdycha, to nawet konfederacki troll może się nadać do podparcia walącej się fasady. Apel prezesa brzmi jak ostatnie wycie samotnego wilka w kierunku watahy, która dawno już uznała go za kulawego i bełkoczącego dziada.

I w tej tragikomedii objawił się też kolejny stary numer z repertuaru: obrzydliwe insynuacje wobec przeciwników. Tym razem ofiarą padł Waldemar Żurek, nowy minister sprawiedliwości, człowiek realnie zasłużony w walce o praworządność, były sędzia, który nie bał się mówić prawdy nawet w czasach, gdy Ziobro rozdawał kaganiec z łańcuchem.

Jarosław, nie mogąc znieść widoku człowieka kompetentnego w fotelu, który PiS uważa za swój, postanowił go obrzydzić. “Skąd on ma dwadzieścia nieruchomości?” — zapytał Kaczyński tonem nauczycielki z PRL podejrzewającej, że uczeń je banana nielegalnie. Oskarżył Żurka o wszystko poza handlem organami — choć przy Jarosławie, to pewnie kwestia czasu. Nie przedstawił dowodów, nie miał faktów. Miał tylko swoją znaną technikę: rzucasz błotem, coś się przyklei. Nawet jeśli tylko do własnej twarzy.

To już nie jest polityka. To sen starca zafiksowanego na punkcie zemsty, suwerenności i Donalda Tuska, którego wciąż śni z przerażeniem, jak dziecko potwora pod łóżkiem. Rzeczywistość mu umyka, a jego rola w niej już się dawno skończyła. Polska idzie do przodu. Donald Tusk rozmawia z dowódcami NATO, przygotowuje kraj na ewentualne konflikty i trzyma Rade Ministrów za twarz. „To nie jest klub dyskusyjny” — powiedział premier i wszyscy zrozumieli, że czasy gadania bez konsekwencji się skończyły.

Bo dzisiaj prawdziwe wyzwania to nie Zielony Ład, nie euro, nie imigracja, tylko bezpieczeństwo, edukacja, klimat, gospodarka. Tusk rozmawia z generałami NATO, Kaczyński rozmawia z lękami z przeszłości. Tusk szykuje się na globalne scenariusze. Kaczyński wciąż próbuje rozgrywać swoje lokalne wojny jakby to był 2006 rok, a Ziobro miał jeszcze zęby.

Jarosław Kaczyński to już nie polityk. To żywa rzeźba z wosku, która co parę miesięcy zaczyna mówić i przypomina nam, że śmierć idei potrafi być głośna, nieznośna i pełna fałszywego patosu.

Panie Jarosławie — to koniec. Niech Pan odłoży mikrofon, wyjdzie z kadru i zostawi Polskę w spokoju. Niech Pan odejdzie z godnością.
A jak się nie da z godnością, to przynajmniej w ciszy.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights