
Na dziedzińcu Pałacu Prezydenckiego wszystko było dopięte na ostatni guzik, a nawet na dwa guziki zapasowe, gdyby patriotyzm się rozpiął w trakcie uroczystości. Flaga wymieniona z nabożnością, mundury wyprasowane tak, że można by nimi kroić chleb, orkiestra gotowa, a powietrze ciężkie od symboli jak bigos po trzech dniach.
I wtedy wyszedł on. Karol Nawrocki, człowiek, który mówi tak, jakby każde jego zdanie było cytatem z przyszłego podręcznika, tylko że pisanego przez niego samego i dla niego samego. Krótko mówiąc: mikrofon ma, treści – jak na lekarstwo.
Stanął przed generałami i zaczął. O fladze. O historii. O wspólnocie. O wiekach. O trwaniu. O tym, że Polska będzie trwała, jakby ktoś w ogóle sugerował, że planuje się zwijać w przyszły wtorek.
Mówił długo, szeroko i gęsto, jak człowiek, który pomylił przemówienie z produkcją hurtową zdań. Gdyby postawić przed nim lustro zamiast generałów, efekt byłby identyczny – tylko lustro miałoby więcej odwagi, żeby nie bić braw.
Gdzieś między jednym „narodem” a drugim „pokolenie” można było odnieść wrażenie, że gdyby ktoś mu wyłączył mikrofon, to i tak by mówił dalej, bo głównym odbiorcą jest tutaj on sam. W wersji rozszerzonej wyglądałoby to tak: Nawrocki stoi przed lustrem, salutuje sobie, przerywa sobie oklaskami i na koniec dziękuje sobie za wystąpienie, które sam uznał za historyczne.
Generałowie stali i słuchali. To znaczy – stali. Bo słuchanie w takich momentach jest czynnością umowną, podobnie jak sens połowy tych zdań.
A potem przyszły sojusze. I tu zrobiło się naprawdę kabaretowo. Prezydent z powagą odkrył Amerykę, NATO i zdrowy rozsądek jednocześnie, oznajmiając, że sojusze trzeba umacniać i szanować. I mówił to człowiek z obozu, który przez lata traktował te sojusze jak stare radio – niby gra, ale najlepiej je czasem stuknąć, żeby zobaczyć, czy dalej działa.
To było jak kurs savoir-vivre’u prowadzony przez człowieka, który wchodzi do restauracji przez kuchnię. Ale Nawrocki nie przestaje, Nawrocki nie hamuje, Nawrocki nie skręca. Nawrocki jedzie. Bo jego największą zaletą jest to, że nigdy nie kończy myśli, tylko zaczyna następną.

Tymczasem kilka godzin wcześniej powołał swoją Radę do spraw Polonii, która wygląda jak rodzinne spotkanie, na które przyszli ci sami ludzie, co zawsze, tylko zmienili nazwę stołu. Na czele Konstanty Radziwiłł – człowiek, który w czasach swojej ministerialnej kariery sprawił, że kolejki do lekarzy zaczęły przypominać projekty infrastrukturalne: długie, kosztowne i bez widocznego końca. Obok Anna Maria Anders – dyplomacja w wersji pamiątkowej, bardziej do oglądania niż do używania. I reszta tego towarzystwa, które ma teraz opowiadać Polakom za granicą, że ojczyzna o nich pamięta, choć sama ma problem z pamięcią krótkotrwałą. Rada ekspertów wygląda przy tym jak reunion problemów, które już kiedyś próbowano rozwiązać i się nie udało.
Nawrocki mówi do nich wszystkich jednym językiem. Językiem, w którym Polska jest zawsze wielka, zawsze piękna i zawsze gdzieś indziej niż w rzeczywistości. W tym języku nie ma problemów, są wyzwania. Nie ma błędów, są procesy. Nie ma chaosu, jest dynamika.
I wszystko brzmi dobrze, dopóki ktoś nie zapyta: „a konkretnie?”. Ale nikt nie pyta, bo orkiestra gra.
A potem pojawia się pomysł nowej konstytucji. I to jest moment, w którym felieton sam się pisze. Człowiek, który ma problem z przestrzeganiem obowiązującej, postanawia napisać nową. To trochę tak, jakby ktoś, kto nie radzi sobie z obsługą czajnika, zapowiedział reformę energetyki.
Donald Tusk odpowiada jednym zdaniem, które działa jak zimny prysznic na rozgrzaną retorykę: „Proponuję zacząć od przestrzegania aktualnej”.
I nagle wszystko zaczyna skrzypieć. Bo okazuje się, że pod warstwą patosu nie ma fundamentu, tylko echo.
Nawrocki stoi na scenie i krzyczy. Krzyczy do historii, bo historia nie odpowiada. Krzyczy do symboli, bo symbole nie protestują. Krzyczy do narodu, który istnieje głównie w jego zdaniach.
A prawdziwy świat w tym czasie robi swoje. Liczy rachunki. Czeka w kolejkach. Zastanawia się, czy to jeszcze państwo, czy już teatr jednego aktora.
Generałowie stoją dalej. Bo taka jest ich rola. Ale nawet oni muszą wiedzieć, że bezpieczeństwa nie buduje się z metafor. Buduje się je z decyzji. A decyzji w tym wszystkim było najmniej.
Na końcu pada „Niech żyje Polska”. I Polska żyje. Tylko że coraz częściej wygląda jak widz na własnym przedstawieniu. Siedzi, patrzy i zaczyna rozumieć, że to nie jest komedia, tylko bardzo długi żart bez puenty. I że rachunek już przyszedł — tylko nikt nie ma odwagi go otworzyć. Bo w tym kraju najgłośniej krzyczą ci, którzy najbardziej boją się ciszy po wszystkim. I Polska żyje. Tylko że coraz częściej wygląda jak widz na własnym przedstawieniu. Siedzi, patrzy i zastanawia się, czy śmiać się już teraz, czy dopiero po rachunku.

Dodaj komentarz