
Wtorkowy poranek, czyli ten moment tygodnia, kiedy człowiek jeszcze się nie pogodził z faktem, że poniedziałek był prawdziwy, a piątek to mitologiczna kraina, do której nikt nie dotarł żywy. Za oknem śnieg, zimno, ptaki przestały śpiewać, bo najpewniej się przeziębiły, a polityka? Polityka w Polsce przypomina teraz rodzinne święta, z tym że nikt nie wie, kto ma opłatek, wszyscy się kłócą, a ciocia Lewica przyszła nieproszona i próbuje czytać manifest.
Poniedziałkowe wydarzenia? Ach, jakże bogaty był ten dzień w absurdy, które mogłyby posłużyć za materiał do telenoweli, w której aktorzy zapomnieli tekstu, reżyser uciekł z planu, a producent odwołał premierę, bo publiczność zemdlała ze śmiechu. Zaczniemy od Wenezueli – bo jak tu nie zacząć? Donald Trump, człowiek o ego rozciągniętym jak guma do żucia przyklejona do buta historii, postanowił porwać Nicolása Maduro. Zrobił to z gracją słonia w sklepie z porcelaną międzynarodowego prawa – wpadł, narobił hałasu i jeszcze zostawił otwarte drzwi.
W mediach aż furczało od komentarzy – jedni wołali „brawo, panie Trump!”, drudzy krzyczeli „łamanie prawa!” – a trzeci po prostu wzruszyli ramionami i wrócili do scrollowania Instagrama z memami o kocie, który wygląda jak Putin. Maduro, choć był dyktatorem z talentem do pustoszenia gospodarki, teraz stał się bohaterem memów i symbolem: nie wiadomo tylko czego – klęski, farsy, a może nowej ery? Jedno jest pewne: Ameryka wróciła do swojej ulubionej gry pod tytułem „na kogo teraz spadnie demokracja z nieba?”
Tymczasem w Polsce, gdzie śnieg przykrywa absurdy jakby chciał je ukryć przed samym sobą, rząd postanowił „urealnić” przywileje dla Ukraińców. Cokolwiek to znaczy – zapewne mniej pomocy, a bardziej „przykręćmy kurek, bo przecież idzie zima”. Bo nic tak nie ociepla relacji międzynarodowych jak zimny prysznic legislacyjny. Ależ będzie miłość na linii Warszawa–Kijów! Prawie jak randka w ciemno w prosektorium.
A skoro już przy randkach jesteśmy – dziś Święto Trzech Króli, dzień, w którym chrześcijańska tradycja czci Mędrców, a współczesna Polska czci paraliż komunikacyjny, zamknięte sklepy i dziwne orszaki z plastikowymi koronami. Trzej Królowie – Kacper, Melchior i Baltazar – przynieśli dary: złoto, kadzidło i mirrę. A co dziś niesie nasza współczesna trójca polityczna? Tuska, Czarzastego i Kosiniaka-Kamysza? Jeden niesie nadzieję, drugi sarkazm i socjalne bajki, a trzeci… krzyżówkę z „Przyjaciółki”.
A skoro o samozwańczych monarchach mowa – oto i Nawrocki. Człowiek, który najwyraźniej uwierzył, że nie tylko stoi na straży narodowej tożsamości, ale sam JĄ uosabia. Chodzi, mówi i rządzi jakby był połączeniem Jezusa z cezarem, z naciskiem na tę drugą część, tylko bez stylu. Od kiedy zainstalował się w Pałacu Prezydenckim, zachowuje się jakby dostał nominację z nieba, przez archanioła Kaczyńskiego, zatwierdzoną w Watykanie przez specjalny dekret. Czeka teraz, aż rząd przyjdzie z darami: pokłonem, uznaniem i może symboliczną misą z kadzidłem.
To, co Nawrocki wyprawia jako głowa państwa, można by nazwać prezydenturą, gdyby nie fakt, że to bardziej rekonstrukcja mentalnego PRL-u z domieszką satrapii wschodniego stylu. Każdy kolejny gest przypomina próbę przekształcenia urzędu w twierdzę obrażonego władcy. Prawo? Konstytucja? Ach, to dla naiwnych. Dla niego państwo prawa to jedynie te paragrafy, których można użyć jako podpórkę do własnego ego. Reszta – do kosza. Jak twierdzi – on nie przeszkadza, on tylko „broni wartości”. Tylko że te wartości dziwnie często przypominają poglądy pewnego historyka z obsesją na punkcie agentury i intryg.
Pamiętajmy, że Nawrocki wcześniej zarządzał IPN-em niczym prywatnym skansenem żalu i żółci. W miejsce badań i refleksji pojawiły się teczki, indeksy wrogów i szukanie haków na wszystkich, którzy potrafią złożyć poprawnie zdanie złożone. Teraz tę samą logikę przeniósł do pałacu. Nie prezydentuje – on panoszy się. Jakby dostał tron, a nie kadencję. Jakby dostał naród, a nie pilota do telewizora.
I choć dziś Święto Trzech Króli, to nawet gdyby cała trójka – z kadzidłem, złotem i GPS-em moralnym – zawitała do Pałacu Namiestnikowskiego, to Nawrockiemu i jego dworowi rozumu by nie przybyło. Prędzej by ich poprosił o podpisanie oświadczenia lojalności wobec swojej osoby i zaproponował wspólne wystąpienie w wieczornym serwisie z przesłaniem dla narodu. Bo przecież jego wyobrażenie prezydentury zaczyna się od kultu jednostki, a kończy na pielęgnowaniu obrażonego milczenia.
Rządzący? Tuska można lubić, nie lubić, ale przynajmniej wygląda jak ktoś, kto wie, gdzie trzyma się dokumenty państwowe, a nie, jakby je chował pod poduszką razem z karabinem na wodę i wspomnieniami po Macierewiczu. Sikorski mówi jakby połknął encyklopedię, ale przynajmniej nie cytuje Mickiewicza w kontekście czołgów, a Żurek wygląda na jedynego człowieka w tym kraju, który pamięta, że konstytucja to nie folder reklamowy.
Czarzasty? Ten wieczny żart polityczny, funkcjonujący jak tapeta w starym PRL-owskim mieszkaniu – niby jeszcze jest, ale nikt już nie pamięta, kto ją tam przykleił i po co. Lewica generalnie próbuje, ale wygląda to jak walka z wiatrakami w upale – dużo ruchu, zero efektu, spocony Zandberg, który znowu krzyczy do pustej sali.
PSL? Polityczny obrotowy roku. Kosiniak-Kamysz to uśmiechnięty dyrygent orkiestry, w której każdy gra inny utwór. Kiedy mówi o wartościach, mam wrażenie, że zaraz zaprosi wszystkich na wiec pod patronatem Świętej Neutralności. PSL to partia, która z równym zaangażowaniem mogłaby wejść w koalicję z ruchem slow food, masonerią lub Klubem Miłośników Klocków Lego – byle byli mili i nie zadawali trudnych pytań.
Konfederacja? Braun wygląda jakby właśnie wyszedł z lochu, w którym przez trzy dni deklamował Konstytucję 3 Maja do świecy. Mentzen to księgowy z apokalipsy, a Bosak to mem polityczny, który nie wie, że jest memem. Ich program to coś między manifestem libertariańskim a instrukcją obsługi domowej destylarni spirytusu – radykalny, chaotyczny i groźny dla zdrowia.
PiS? Cóż. Kaczyński zapadł się pod ziemię jak artefakt z niechcianej przeszłości. Morawiecki próbuje jeszcze udawać, że jest mężem stanu, ale wygląda jak dyrektor banku, który został zmuszony do gry w filmie klasy B. A reszta? To już tylko pomniki. Dmuchane. Samopompujące się. Z funkcją odtwarzania przemówień sprzed trzech lat.
A świat? Islandia miała w Wigilię niemal 20 stopni Celsjusza. Ocieplenie klimatu? Raczej żart klimatu z ludzi. W tym samym czasie połowa Europy szykuje się na najzimniejszą zimę od dekady, jakby to była kara za grzechy korporacyjne. Śnieg pada, ale już nie romantycznie, tylko z wyrzutem – jakby chciał nam powiedzieć: „a nie mówiłem?”
I tak siedzę, z kawą w dłoni, stary, zgorzkniały, z duszą lekko przypaloną jak spód starej patelni. Patrzę na świat i czuję, że jesteśmy jak grupa emerytów w schronisku wysokogórskim – niby chcieliśmy przygód, ale teraz tylko boli nas kręgosłup, herbata stygnie, a ktoś zgubił plan ewakuacji.
Miłego wtorku. Pamiętajcie – śnieg nie jest romantyczny, kiedy spada na fakturę za gaz, Trzej Królowie nie przyniosą ratunku, a politycy to nie bohaterowie – to aktorzy w tragikomedii, której scenariusz pisał ktoś z ciężką depresją i złośliwym poczuciem humoru.

Dodaj komentarz