FELIETON Z DNIA 1 LUTEGO 2026: CZEKAMY NA KAWĘ, CIASTKA I PRZEWROTY

Warszawa

W niedzielę 1 lutego 2026 roku Polska doświadczyła politycznego ekwiwalentu telenoweli brazylijskiej, w której każda postać ma sobowtóra, a żaden związek nie trwa dłużej niż tydzień. Tym razem głównym bohaterem okazała się partia Polska 2050, która – niczym kiepsko zarządzany żłobek z aspiracjami do bycia uniwersytetem – właśnie wyłoniła nową przewodniczącą. Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, specjalistka od funduszy i zszywania rozdartych szwów politycznych, wygrała ze swoją rywalką Pauliną Hennig-Kloską stosunkiem głosów 350 do 309, co w przeliczeniu na emocje daje wynik: „łagodny uśmiech przeciwko wewnętrznej furii”.

Hołownia, założyciel partii i samozwańczy papież świeckiego centrum, został zepchnięty na boczny tor, gdzie teraz trenuje minę obrażonego organisty, który chciałby wrócić do gry, ale nikt nie chce mu oddać kluczy do zakrystii. Podobno nie wejdzie do rządu, bo nie znosi Donalda Tuska. Co za strata. Polska polityka traci jedynego człowieka, który potrafił zbudować partię w oparciu o cytaty z TED Talków.

Pełczyńska-Nałęcz zapowiada scalanie, zszywanie i wygładzanie, ale polityczne nożyczki już się ostrzą. Ryszard Petru – ekonomiczny Nostradamus polskiej polityki – już przymierza się do kolejnej partii lub do kolejnej konferencji prasowej o niczym. Michał Kobosko, wygnany europoseł, powoli zamienia się w ducha politycznego ghostingu. Dziennikarze przewidują rozpad klubu. Ja przewiduję, że powstanie Polska 2049. Z dokładnie tym samym składem, tylko z nowym logo.

Tymczasem w PiS, czyli w imperium upadającego Władcy Półkotleta, trwa dramatyczna opera mydlana o nazwie „Kto będzie nowym carem?”. Jarosław Kaczyński trafił do szpitala – tym razem bez udziału fotoreporterów i bez pozowania z psem. Oficjalna diagnoza: zapalenie płuc. Nieoficjalna: panika na pokładzie Titanica, bo kapitan odłożył lunetę i zaczął kaszleć. Każdy jego kaszel wywołuje polityczne tsunami, a pobyt w szpitalu staje się okazją do walki o tron, jakby PiS było Westeros, tylko z gorszą scenografią.

Radio Wnet – czyli polityczny odpowiednik okna w wieży zamkowej, przez które wypadają kontrolowane przecieki – poinformowało, że choroba prezesa może doprowadzić do eskalacji napięć w PiS. Mateusz Morawiecki (harcerz naczelny) i Patryk Jaki (przywódca frakcji „maślarzy”, czyli ludzi, którzy potrafią się ślizgać w każdą stronę) już kombinują, jak się dobrać do schedy. Czarnek – król edukacyjnej ciemnoty – delikatnie przestawił akcenty i uznał, że Ziobro popełnił „parę błędów”. Brawo, Przemku, refleks jak na człowieka, który budzi się tylko na dźwięk własnego nazwiska.

I wtedy na scenę wkracza Karol „Kawusia” Nawrocki – prezydent, który chciałby być Bonaparte’em, ale przypomina bardziej sołtysa z własnym fanklubem na Telegramie. Zorganizował on spotkania z klubami parlamentarnymi, ale zaprosił tylko tych, których lubi. Czyli PSL, Konfederację, Koronę i PiS. KO i Lewica nie przyszły, więc można było je potem publicznie zbesztać za brak szacunku. Czarzasty, z właściwym sobie wdziękiem sołtysa z „Rancza”, skomentował to tak: „Mamy własną kawę i ciastka”. Tak, Włodku, i własny komplet żartów z lat 90.

Największym sukcesem Nawrockiego jest fakt, że dzieli koalicję równie skutecznie jak brak internetu dzieli rodzinę w niedzielę. Platforma nie wie, co o nim sądzi, a Lewica wie aż za dobrze. Tymczasem Konfederacja i Korona – duet godny występów na festynach patriotycznych i kanałach Telegramu – atakuje Nawrockiego, bo złożył hołd ofiarom Auschwitz. Według braunistów to zdrada narodowa. Bo przecież prawdziwy patriota zna historię tylko wtedy, gdy da się z niej zrobić transparent.

Mentzen, z kolei, urządził kampanię „Sprawa dla Mentzena”, czyli TikTokowe „997” w wersji libertariańskiej. Problem w tym, że jego partia nie potrafiła rozliczyć nawet 64 zł za alkohol, a teraz grozi jej finansowa zagłada. Ale spokojnie – w zanadrzu mają plan „Imperium Kontratakuje”, który brzmi jak sequel do marnej parodii, którą już nikt nie chce oglądać. Zamiast Nowej Nadziei będzie Stara Beznadzieja.

Tymczasem zza oceanu dochodzą echa z innego cyrku – amerykańskiego. Donald Trump, złocisty paw polityki światowej, ponownie pręży piórka i zapowiada powołanie własnej Rady Pokoju. Tak, tej samej, do której miałaby dołączyć Polska, według niektórych 24,6% respondentów. Inni – bardziej trzeźwi – odpowiedzieli „nie” (42,2%). I słusznie. Rada Pokoju Donalda Trumpa to jakby powierzyć ochronę środowiska koncernowi naftowemu. To człowiek, który prowadzi wojny na Twitterze, obraża sojuszników i buduje mury szybciej niż argumenty. Jeśli to jest pokój, to ja jestem flamingiem.

Ale Trump nie poprzestaje na radach. Szykowany jest na wielki powrót. Lecą samoloty w stronę Iranu, a Trump w swoim rozbuchanym ego marzy o tym, by zostać „prezydentem-pokojowym”, bombardując Bliski Wschód w imię stabilności. Pokój po trupach – to jego polityczne motto.

Na koniec – KSeF, czyli Krajowy System e-Faktur, wystartował. Uff. 50 tysięcy faktur wystawionych, świat się nie skończył. Tylko jeden polityk PiS miał problem, bo – jak to u nich bywa – kliknął „Zamknij” zamiast „Zatwierdź” i potem twierdził, że system nie działa. KSeF to jedyny projekt państwowy, który wystartował zgodnie z planem, czyli bez zacięcia, bez skandalu i bez modlitwy o cud.

Sondaże? Polska 2050 – 1,5%. To nawet mniej niż margines błędu. W skrócie: rozpad, chaos i festiwal narcyzmu. A PiS? Ucieka do przodu, ale zderza się z własną historią, chorobą prezesa i brakiem następcy. Konfederacja balansuje na linie finansowego absurdu, a Braun – cóż, Braun po prostu ryczy. Piekło, oczywiście.

Wnioski? Polska nie potrzebuje Rady Pokoju Donalda Trumpa. Polska potrzebuje Rady Zdrowego Rozsądku. Ale tej nikt jeszcze nie powołał.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights