
W najnowszym odcinku serialu „Polityczna Głupota bez Granic”, dzieje się tak wiele, że scenarzyści amerykańskich dramatów politycznych musieliby rzucić wszystko i zapisać się na kurs u Adama Bielana. Bo gdzie indziej znajdziecie prezydenta, który rozważa wieszanie sędziów, centrową partię głosującą z faszyzującą opozycją, polityków próbujących budować niezależną kancelarię prezydencką z ludzi PiS-u i jeszcze Konfederację, która wciąż żyje w przekonaniu, że podatki to grzech pierworodny?
Tak, dobrze czytacie. Według najnowszego sondażu Pollstera dla „Super Expressu” PiS i Konfederacja mogłyby dziś przejąć władzę. Ta wiadomość ucieszyła zapewne tych, którzy marzą o Polsce jako samotnej wyspie otoczonej płotem z drutu kolczastego i okopami wykopanymi przez młodzież wszechpatriotyczną. W parlamencie miałyby zostać zaledwie cztery ugrupowania. Cała reszta – PSL, Razem, Polska 2050 – wyleciałaby z Sejmu jak z imprezy, na którą przyszli z kartą multisport, a nie z zaproszeniem.
Ale prawdziwe złoto tego tygodnia wydarzyło się w Sejmie. Polska 2050 – partia, która z założenia miała być odważna, świeża i merytoryczna – postanowiła zagłosować ramię w ramię z PiS i Konfederacją nad poprawką do ustawy o budownictwie społecznym. Gdyby to była scena z kabaretu, powiedzielibyśmy: „ale śmieszne, absurdalnie głosują z opozycją”. Ale to nie kabaret. To Sejm RP. I niestety, wszystko dzieje się naprawdę.
Co gorsza, nie wyglądało to na wypadek przy pracy. Posłowie Szymona Hołowni nie pomylili przycisku, nie byli na urlopie mentalnym – oni chcieli tak zagłosować. To była tzw. „demonstracja niezależności”, czyli polityczny odpowiednik rzucenia się z pomostu do zamarzniętego jeziora, żeby pokazać, że się nie boi zimna. Efekt? Donald Tusk – jedyna postać w tym cyrku, która jeszcze potrafi mówić pełnymi zdaniami i nie wstydzi się Europy – mruknął z niesmakiem: „niemądre”. A w ustach Tuska to już niemal akt agresji.
Nie zdążyliśmy jeszcze zamknąć ust po tym dziwacznym sejmowym partnerstwie Hołowni z Mentzenem i Braunem, a już na scenę wpadł Andrzej Duda. Tym razem nie z nartami. Tym razem z czymś jeszcze cięższym: wspomnieniem pewnej rozmowy, podczas której usłyszał, że „w Polsce jest tyle zdrady, bo dawno nikogo nie powieszono”.
Tak. To się wydarzyło. Głowa państwa, prezydent RP, powiedział publicznie, że może warto byłoby wrócić do praktyk znanych z czasów, kiedy jeszcze istniał stos jako narzędzie dialogu. W kontekście… sędziów. Bo przecież wiadomo, że największym problemem Polski nie są zmiany klimatyczne, brak mieszkań czy inflacja, tylko fakt, że nie mamy wystarczająco wielu szubienic.
Sędziowie są ponoć „zbyt niezależni”, więc trzeba by ich trochę przytemperować. Duda – który najwyraźniej trenuje do roli w nowej produkcji HBO „Igrzyska Śmierci: Trybunał Konstytucyjny” – odleciał tak daleko, że nawet Przemysław Czarnek miałby problem, żeby go dogonić, a przecież to człowiek, który uważa, że kobiety mają pracować tylko w kuchni i duszpasterstwie.
Tymczasem Jarosław Kaczyński – naczelnik państwa z funkcją ukrytą – próbuje jeszcze rozgrywać wszystko na swoją modłę. Widząc, że wybory prezydenckie wyrzuciły mu do przodu zupełnie nowego gracza – Karola Nawrockiego – postanowił mu „pomóc”. A przez „pomóc” rozumiemy: wsadzić mu do Kancelarii Prezydenta najbardziej lojalnych partyjnych wojowników z bojówek Nowogrodzkiej. Na liście kandydatów był m.in. Przemysław Czarnek, który najwyraźniej pomylił urząd prezydenta z partyjną redutą. Ostatecznie z kandydatury zrezygnował, bo – jak wiadomo – Czarnek ma marzenia większe niż konstytucja.
Na tapecie pojawił się Zbigniew Bogucki – polityk, który uchodzi za „koncyliacyjnego”, czyli takiego, co przytakuje odpowiednio szybko i nie robi problemów. Pomagać mu ma Adam Andruszkiewicz – pamiętacie? Ten młody chłopak od narodowców, który kiedyś myślał, że politykę robi się memami.
I tak to wygląda. Kancelaria niezależna, ale z ludzi PiS-u. Hołownia niezależny, ale głosuje z Konfederacją. Duda niezależny, ale cytuje ludzi, którzy chcą powrotu szubienic. Polska – niezależna, ale od logiki.
I w tym wszystkim jest Donald Tusk. Niby spokojny, niby uśmiechnięty, niby „wszystko kontrolujemy”. Ale jak długo można patrzeć z pobłażaniem na ludzi, którzy najpierw rozwalają pokój dzienny, potem oskarżają cię o to, że zrobiłeś to ty, a na końcu wrzucają kanapę do kominka i pytają: „czy mamy plan B?”
Nie trzeba być wybitnym analitykiem, by zauważyć, że PiS i Konfederacja nie chcą rządzić – chcą mieć rację. I co gorsza, w swojej wiecznej kampanii krzyku, paniki i prowokacji są o wiele bardziej skuteczni niż cała liberalna opozycja, która wciąż naiwnie wierzy, że ludzi przekonuje się argumentami, a nie krzykiem o robakach i „kartkach na mięso”.
To nie jest walka programów. To nie jest walka wartości. To walka między normalnością a farsą. Między demokracją a rewią absurdu. Między Tuskiem – człowiekiem z Europy – a Dudą, Hołownią i spółką, którzy myślą, że Europa to coś, co się dostaje na próbę i można zwrócić bez paragonu.
A my? My siedzimy na widowni tego spektaklu, w którym aktorzy zaczęli rzucać się na siebie rekwizytami, sufler wyszedł, a reżyser od dawna pije w bufecie. I nie wiemy, czy śmiać się, czy płakać. Ale wiemy jedno: bilety były drogie. Bo płacimy za to wszystko my. W podatkach. W jakości debaty. I w godności, która z każdym kolejnym wystąpieniem prezydenta kurczy się jak rządowe zapasy węgla w lipcu.

Dodaj komentarz