EPICKA FURIA I STARA KOŁDRA ŚWIATA

Warszawa

Poranek był chłodny, choć to przecież już wiosna, taka wiosna na pół gwizdka, jak urzędnik po kawie bez kofeiny, który niby siedzi przy biurku, ale jeszcze nie zdecydował, czy dziś będzie pracował. Siedziałem przy stole, kawa parowała jak zdrowy rozsądek – powoli i niepostrzeżenie znikając – a świat jak zwykle postanowił udowodnić, że logika jest tylko hipotezą roboczą.

Wtedy wszedł on. Z rozmachem, z gestem, z tą miną człowieka, który właśnie wygrał coś wielkiego, choć nikt – łącznie z nim – nie potrafi powiedzieć co dokładnie. Donald Trump ogłosił zwycięstwo, jakby rozdawał nagrody w konkursie, który sam wymyślił i sam ocenił.

Opowiadał o „Epickiej Furii”, jakby to była superprodukcja, w której scenariusz pisze ego, a reżyserem jest brak wątpliwości. Mówił o zniszczonej flocie Iranu, o rozbitych siłach powietrznych, o martwych przywódcach, o świecie, który patrzy z podziwem, choć świat – jeśli już patrzy – to raczej z ręką na portfelu i drugą na głowie.

Problem polega na tym, że rzeczywistość nie ogląda jego konferencji prasowych.

Między tymi zdaniami, między triumfalnymi frazami, między tymi werblami samozachwytu była cisza. Taka cisza, która w polityce znaczy więcej niż krzyk. Cisza planu. Cisza odpowiedzi. Cisza końca. Nie było drogi wyjścia, nie było sensownego celu, nie było nawet definicji zwycięstwa. Było tylko „dwa–trzy tygodnie”, czyli polityczny odpowiednik „zaraz wracam”, po którym nikt już nie wraca.

I świat to usłyszał, bo świat nie jest głupi, tylko bywa cierpliwy.

Rynki zareagowały szybciej niż komentatorzy. Baryłka ropy podskoczyła jak ktoś, kto właśnie zrozumiał, że rachunek będzie znacznie wyższy niż zapowiadano. Sto pięć, sto siedem dolarów. Sześć, siedem procent w górę. Bo jeśli wojna nie ma końca, to nie jest wojna. To jest abonament.

I nagle, gdzieś daleko od kamer, przy stołach bez mikrofonów i bez tweetów, Europa zrobiła coś, czego nie robi często.

Zachowała się racjonalnie.

Spojrzała na Amerykę i powiedziała „nie”, takim tonem, jakim mówi się do człowieka, który już trzeci raz próbuje rozpalić ognisko benzyną. Nie było krzyku, nie było demonstracji, nie było moralnych tyrad. Była chłodna odmowa i cicha decyzja, że tym razem każdy pilnuje własnego domu.

I stał się cud geopolityczny, który powinien być badany w laboratoriach.

Europa się zjednoczyła.

Nie wokół idei, nie wokół wartości, tylko wokół zdrowego odruchu obronnego przed kimś, kto pomylił sojusz z usługą kurierską.

To jest osiągnięcie godne podręczników. Przez dekady nie udało się zjednoczyć Europy wokół wspólnej polityki obronnej, wspólnego głosu, wspólnej wizji. Wystarczyło kilka tygodni gniewu, kilka obraźliwych słów i jedno wielkie poczucie, że ktoś próbuje ich wciągnąć w cudzą bójkę, żeby nagle wszyscy zaczęli mówić jednym głosem.

A gdzieś w tle siedzi Rosja i patrzy. Nie musi nic robić. Nie musi straszyć, nie musi atakować, nie musi nawet się specjalnie wysilać. Wystarczy, że czeka, aż Zachód sam zacznie testować swoją wytrzymałość jak dziecko, które sprawdza, ile razy można uderzyć w ścianę, zanim zaboli.

W tym wszystkim najbardziej zdumiewająca jest jednak nie sama wojna, nie same decyzje, ale ta nieprawdopodobna pewność.

Pewność człowieka, który stoi na cienkim lodzie i tłumaczy wszystkim, że to nowoczesny beton. Pewność człowieka, który mówi, że ma wszystkie karty, choć nie potrafi pokazać ani jednej. Pewność człowieka, który ogłasza zwycięstwo, bo nie ma planu na zakończenie. Bo kiedy nie masz końca, najłatwiej ogłosić finał.

I tak siedzimy w tej wiośnie, która miała pachnieć ziemią, a pachnie paliwem, patrzymy na ceny, na mapy, na twarze polityków, które coraz częściej przypominają maski, i zaczynamy rozumieć coś bardzo prostego.

Świat nie stał się bardziej niebezpieczny. Świat stał się bardziej absurdalny. A absurd ma jedną przewagę nad rozsądkiem – jest bardziej widowiskowy.

Kawa stygnie. Rachunek rośnie. A ktoś właśnie ogłasza zwycięstwo w grze, której nawet nie potrafi nazwać.

I to jest moment, w którym człowiek zaczyna się bać nie wojny.

Tylko zwycięzców.


  1. Elzbieta Swiecicka

    Czytam codziennie, dziękuję za opisy absurdalnej sytuacji, która przybliża widmo destrukcji światowego porządku. Niedoskonałego ale jeszcze do niedawna do ogarnięcia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights