

AKT I: IPN — KONKURS PIĘKNOŚCI DLA DUSZ CIĘŻKICH
Dziewięć osób zgłosiło się do konkursu na szefa IPN. Dziewięć! To nie rekrutacja do elitarnego korpusu pamięci, tylko raczej casting do serialu historycznego klasy B, w którym scenariusz pisze sam Karol Nawrocki – a grają głównie jego kopie.
Po raz pierwszy pojawiły się też kobiety – co w Instytucie Pamięci Narodowej brzmi mniej więcej tak egzotycznie, jak wiadomość, że w Watykanie dopuszczono kobiety do konklawe. Wśród kandydatów błyszczy Karol Polejowski, faworyt Nawrockiego, człowiek o aparycji i poglądach skrojonych pod telewizję w czasach, gdy wszystko było czarno-białe, a Polska – wyłącznie ofiarą.
Kolegium IPN będzie ich przesłuchiwać 28 października, co zapowiada widowisko o większym potencjale dramatycznym niż „Familiada”. Tam przynajmniej Karol Strasburger zna żarty. W IPN natomiast pytania o historię są zadawane po to, by upewnić się, że kandydat wierzy, iż cała wina za II wojnę światową spoczywa na brukselskich liberałach.
Sam Nawrocki, ten samozwańczy kapłan narodowej pamięci, patrzy na to z zadowoleniem. W końcu jego dziedzictwo to nie nauka, lecz instytucjonalny kabaret – IPN jako świątynia resentymentu, gdzie przeszłość służy przyszłości, ale tylko tej, którą można pokolorować w barwy narodowe i oprawić w plastikowy orzełek.
AKT II: DOKTOR BARTOSIAK – GEOLOG WŚRÓD MAP DUCHA
Jacek Bartosiak, guru polskiej geopolityki, odzyskał tytuł doktora. Tak, tego samego, który w czerwcu został mu cofnięty przez Instytut Studiów Politycznych PAN z powodu podejrzeń o plagiat. Wtedy naukowcy stwierdzili, że w jego pracy naukowej pojawiło się zbyt wiele fragmentów cudzych tekstów, które autor potraktował jak surowiec naturalny – wydobył, przetopił i sprzedał jako własny.
Rada Doskonałości Naukowej uznała jednak, że postępowanie było obarczone błędami proceduralnymi: komisja działała bez pełnego dostępu stron do akt, opinie biegłych były nieujawnione, a procedura – nie do końca bezstronna. Innymi słowy, ISP PAN zaplątał się we własną biurokrację, a doktorat Bartosiaka wrócił niczym bumerang, choć nikt już nie wie, kto nim rzucił.
Sprawa ma wymiar symboliczny. Bartosiak, człowiek, który sprzedaje Polakom geopolitykę w wersji instant – trzy minuty i masz teorię o końcu Zachodu – sam padł ofiarą nieścisłości, nadinterpretacji i nadmiaru pewności siebie. Bo w Polsce doktoraty to niekiedy nie dokument naukowy, a certyfikat medialnej rozpoznawalności. A że geopolityka to dziś coś pomiędzy nauką a coachingiem, to tytuł doktora pasuje tu jak mundur generalski do prezentera talk-show.
Bartosiak twierdzi, że „nie ma w jego pracy ani jednego cudzego zdania bez wskazania autora”. Problem w tym, że polskie prawo akademickie nie nagradza cytatów na wagę – zwłaszcza, jeśli tworzą połowę pracy.
Niech jednak żyje nowy-stary doktor – bohater naszych czasów, który uczy, że w nauce, jak w polityce, nie liczy się treść, tylko zdolność do przetrwania recenzji.
AKT III: GAZA – ŚWIAT BEZ CISZY
A tymczasem w Gazie znów giną ludzie. Izraelska armia otworzyła ogień w północnej części Strefy Gazy, bo ktoś „przekroczył linię”. Linia ta jest bardziej umowna niż granice etyki w światowej polityce. Wystarczy cień, echo, niewłaściwy ruch – i zaczyna się kolejny rozdział tragedii, w której nawet ONZ już nie potrafi grać roli chóru.
Trump oczywiście nie zawahałby się ogłosić, że to jego plan pokojowy przyniósł pokój, gdyby tylko nikt nie strzelał. Europa apeluje o wstrzemięźliwość, Ameryka o cierpliwość, a ludzie w Gazie – o wodę. Każdy ma swoją wersję pokoju, ale żadna nie obejmuje ciszy.
AKT IV: ŚWIAT NA SPRZEDAŻ
Tymczasem w Polsce, podczas gdy minister finansów Domański próbuje policzyć, na ile starczy mu budżetowych nerwów, prezes Glapiński ogłasza, że złoto to nowa polska religia. 520 ton, 25 procent rezerw – najwięcej w historii. „Żaden kraj nie kupuje tyle złota co Polska” – piszą zagraniczne media. I mają rację. Bo żaden kraj nie ma prezesa, który wierzy, że sztabki są bardziej stabilne od polityki.
Glapiński wygląda przy tym jak prorok z mennicy – z aureolą ze złotych monet i miną, jakby właśnie uratował światowy system finansowy, wkładając wszystko w skarbiec NBP. Tyle że gdy przyjdzie kryzys, nikt nie będzie mógł zapłacić rachunków sztabką o wadze pół tony.
EPILOG: RZECZPOSPOLITA WERSJI 2.5
W kraju, gdzie dziewięciu historyków walczy o fotel w muzeum przeszłości, jeden geopolityk odzyskuje tytuł dzięki błędom proceduralnym, a prezes banku centralnego mierzy sukces w karatach, trudno się dziwić, że politycy nie nadążają. Tusk z ironią ratuje to, co się da, Żurek próbuje zbudować sądy od nowa, a Domański liczy pieniądze szybciej, niż Glapiński zdąży je przetopić.
A my? My czytamy o tym wszystkim, popijając kawę i kiwając głowami, jakby to był jeszcze jeden odcinek serialu o kraju, który wciąż nie potrafi zdecydować, czy jest częścią Zachodu, czy przypisem do własnej przeszłości.
Rzeczpospolita Absurdów trwa w najlepsze – tylko aktorzy się zmieniają. Dekoracje wciąż te same: trochę złota, trochę patosu i trochę krwi.

Dodaj komentarz