DYWANIK, NIE DYPLOMACJA

Warszawa

Z Pałacu Prezydenckiego znów dobiegła seria mentalnych trzasków, pisków i dębowego stukotu. Nie, to nie walka o reformę państwa. To tylko Karol Nawrocki, samozwańczy Prezydent Rzeczypospolitej Igrzysk Historycznych, po raz kolejny potknął się o rzeczywistość. A raczej: wszedł z nią w czołowe zderzenie, mając za plecami orszak dworskich mimów, woźniego do snusów i powiernika certyfikatów niejawnych, czyli Sławomira Cenckiewicza.

Wojna o ambasadorów rozgrywa się nie na dyplomatycznej szachownicy, lecz na kolorowym dywaniku z IKEA, gdzie figurami poruszają ludzie bez certyfikatów, bez wiedzy i bez żenady. W narożniku ringu minister Radosław Sikorski — polityczny bokser klasy mistrzowskiej, ostra riposta w jednym oku, Oxford w drugim. A naprzeciwko? Karol Nawrocki. Człowiek, który wchodzi na salony z certyfikatem IPN-u, słownikiem łacińskim z 1937 roku i resztkami pomady po prezydencie Mościckim.

Nawrocki, który każe odsyłać wnioski ambasadorskie, bo jeszcze są podpisane „Duda” zamiast „ja”, przypomina urzędnika z PRL, co to kazał pisać nazwiska długopisem „koloru nieczerwonego, ale niebieskiego, tylko nie za ciemnego”. Takiego, co sprawdza, czy petent ma na nogach kapcie z godłem.

To już nawet nie jest spór polityczny. To komedia stylu retro. Prezydent gra w dyplomatyczne Monopoly z regułami pisanymi przez przyjaciół z Twittera. Cenckiewicz rzuca kością, Przydacz przestawia pionki, a Nawrocki szuka ambasady w pudełku z klockami LEGO.

Związany z PiS historyk i doktor od kombatantów ma aspiracje, by kreować politykę zagraniczną. W roli doradcy: wyznawca teorii, że Zgoda z Rosją to zdrada, a reset to spisek. Ten ostatni, czyli Cenckiewicz, znany z tego, że ze światem współczesnym walczy jak Gollum z lustrem.

A tu Sikorski, z ironicznym uśmieszkiem i angielskim cięciem, nie daje się wciągnąć w ten teatrzyk cieni. Traktuje ich z godnością, jaką należy okazać kartonowemu Napoleonowi z wystawy o wielkości.

W tle tego wszystkiego oczywiście Duda, który nawet nie zdążył dobrze wyjść, a już jego duch unosi się nad listami ambasadorów jak aromat świerzego pastisza po francuskiej kolacji. Nawrocki nie chce podpisywać „bo Duda”. Ale to przecież on sam, z tej samej gliny, tylko z bardziej lśniącym garniturem i większym parciem na rekonstrukcję powstania listopadowego.

A propos parcia: na scenę wchodzi Hołownia, tym razem z walizką, CV i snami o Genewie. Zniknięcie tego politycznego witraża z polskiej sceny to jak zgaszenie neonów w salonie fryzjerskim. Coś mniej świeci, ale niczego nie szkoda.

Partia Hołowni — Polska 2050 — to dziś bardziej syndykat politycznej melancholii niż ugrupowanie. Sam lider, po klęsce wyborczej, postanowił teleportować się do Szwajcarii, zostawiając swoją partię w rękach minister Pełczyńskiej-Nałęcz, która nie potrafi dogadać się nawet z własnym zapleczem. W klubie trzeszczy, w partii huczy, a Tusk tylko zerka znad filiżanki espresso i kalkuluje, ilu posłów jeszcze zdoła przygarnąć. Na tę chwilę Polska 2050 to raczej Polska 20 do wzięcia i 50 w rozsypce.

Tymczasem Tusk — jak zawsze z grzebieniem i planem — po cichu robi porządek. Bo ktoś musi. Bo ktoś musi dzwonić do ludzi z Waszyngtonu i przepraszać za to, że prezydent wysyła do nich nie ambasadora, tylko „specjalnego przedstawiciela”, czyli Świadka Jehowy z przypinką z orłem.

Jeśli Nawrocki rzeczywiście myśli, że w 2030 pokona Sikorskiego, to niech najpierw wygra z długopisem, kalendarzem i Google Translate. Póki co jego jedynym osiągnięciem dyplomatycznym jest to, że zna różnicę między snusem miętowym a tytoniowym. To się może przydać, ale raczej na przerwie, nie przy ONZ.

Warto też wspomnieć o Zbigniewie Ziobrze – dawnym szeryfie IV RP, a dziś aktorze politycznego kabaretu z Brukseli. Powrót na scenę zapowiadał z takim impetem, jakby szykował się do roli Hamleta. Tymczasem jego „być albo nie być” ogranicza się do bycia zatrzymanym pod Telewizją Republika i niebycia przed komisją śledczą. Ziobro chce grać ofiarę reżimu, a wygląda jak producent kiepskiej telenoweli, który sam zapomniał, kto kogo zabił w trzecim sezonie.

Tak więc bitwa o ambasadorów trwa. Prawdziwa Polska dyplomacja walczy z republiką bananową wyhodowaną na kombatanckiej megalomanii. I choć śmiesznie, to wcale nie śmieszne. Bo głową państwa nie jest chochoł, tylko realny polityk, z uprawnieniami i parciem na ścianki.

Tylko co z tego, skoro każde jego zdanie brzmi jak slogan z kalendarza IPN: „Nie pytaj, co historia zrobiła dla ciebie, tylko powołaj na ambasadora kolegę z harcerstwa”.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights