DWUKADENCYJNOŚĆ, CZYLI POLITYCZNY TEATR Z PRZEBIERAŃCAMI

Warszawa

(felieton do porannej kawy, czyli między tostem a tabletką na nadciśnienie)

Gdyby Shakespeare żył w Polsce w 2025 roku, pewnie pisałby już nie o duńskim księciu, tylko o polskim wójcie. Bo oto zrodził się nowy dramat narodowy: „Dwukadencyjność albo nie – oto jest pytanie”. I zaiste, jest to pytanie, na które każdy polityk ma inną odpowiedź, zależnie od tego, czy akurat stoi po stronie rządzących, czy marzy, żeby tam wrócić.

Na scenie występują wszyscy: Tusk z miną filozofa, Kosiniak-Kamysz z kalkulatorem, Czarzasty z rozwianym sumieniem, Hołownia z miną „ja nic, ja tylko sprzątam po wszystkich”, a w loży – Nawrocki, nasz prezydent z mentalnością nauczyciela WF-u, który dziś jeszcze nic nie zawetował, ale już się szykuje, by pokazać, że potrafi.


GRA O STOŁKI I WIOSKI

Dwukadencyjność, ten złoty pomysł PiS-u z 2018 roku, miał być tarczą przeciwko lokalnym układom. Wyszło jak zwykle – tarczą w plecy obywateli. Bo gdy władza w Warszawie walczyła z „patologiami samorządowymi”, to w gminach i powiatach rządziła dokładnie tak samo, tylko z większym rozmachem i słabszym cateringiem.

Teraz PSL, partia wiecznie młoda duchem, ale wiekiem starsza niż wszystkie wójtowe razem wzięte, ogłasza, że dwie kadencje to za mało. Ludowcy, niczym strażacy przy koksowniku, grzeją się przy tej ustawie, bo w 2029 roku 61 procent lokalnych włodarzy będzie musiało oddać swoje stołki – a to jak zabranie wsi niedzielnej mszy i sobotniego wesela w jednym.

Z punktu widzenia PSL to tsunami. Z punktu widzenia wyborcy – odpływ ścieków politycznych. Ale, jak wiadomo, każdy odpływ ktoś musi zatkać.


TUSK – STRAŻAK WŚRÓD PIROMANÓW

Tusk zachowuje się tu jak gospodarz, który wie, że woda w garnku bulgocze, ale jeszcze nie wie, czy to rosół, czy afera. Mówi więc z wdziękiem: „Pozwólmy ludziom wybierać swoich gospodarzy”, co brzmi pięknie, dopóki nie przypomnimy sobie, że niektórzy ludzie wybierali już Mejzę, Ziobrę i Kaczyńskiego. Demokracja demokracją, ale może jednak czasem warto postawić jakieś ograniczenia – na przykład zdrowego rozsądku.

Ale trzeba przyznać, że Tusk gra to z klasą. Nie robi z siebie moralisty, nie macha flagą, tylko spokojnie pokazuje, że PiS znów wpadł we własną pułapkę: ograniczył władzę samorządowcom, a teraz sam się dławi jej konsekwencjami.


CPK, CZYLI „CAŁY PIS KRADNIE”

W tym samym czasie, kiedy PSL dyskutuje o dwukadencyjności, PiS rozlicza się z własnym sumieniem – czyli powołuje komisję pod wodzą Elżbiety Witek, żeby wyjaśnić, jak to się stało, że 160 hektarów ziemi pod CPK, wartej dziś 400 milionów, sprzedano za 22. I to nie byle komu, tylko panu od keczupu.

To już nawet nie jest afera. To jest kabaret. Gdy Gliński pisze w afekcie, że „jakiś głupek sprzedał działkę i cała praca w piach”, widać, że w PiS kończy się epoka. Nie ma już wielkich idei – zostały tylko faktury, umowy notarialne i zawieszenia w prawach członka.

Kaczyński z Telusem wygląda dziś jak stare małżeństwo po kłótni o lodówkę: obaj wiedzą, kto winny, ale żaden nie chce pierwszy się przyznać.


KONFEDERACJA, CZYLI KAZANIE Z PIWNICY

Konfederacja w tym wszystkim wygląda jak nastoletni filozof z YouTube’a: mówi o wolności, rynku i „niezależności lokalnych wspólnot”, po czym kończy w objęciach Putina i memów. Dla nich dwukadencyjność to zapewne zamach na święte prawo bycia burmistrzem do śmierci – najlepiej własnej, heroicznej, w walce z podatkiem VAT.

Zandberg tymczasem, w swoim stylu z dykcją starego lektora Polskiego Radia, zapowiada, że „prędzej mu ręka uschnie, niż za tym zagłosuje”. Może i uschnie – ale na pewno wcześniej Lewica znajdzie sposób, by za czymś innym zagłosować wspólnie z PSL. W końcu „deal to deal”, jak mawiają w sejmowych kuluarach, gdzie moralność kończy się na progu gabinetu.


NAWROCKI – PREZYDENT OD WETA I WUEFU

A w tym wszystkim pojawia się Karol Nawrocki, człowiek, który z historii zrobił maczugę, a z urzędu prezydenta – tarczę dla własnych resentymentów. To on pewnie zawetuje ustawę o zniesieniu dwukadencyjności, nie dlatego, że wierzy w demokrację, ale dlatego, że każda decyzja, która nie pachnie antykomunistycznym kadzidłem, budzi w nim alergię.

Nawrocki nie wetuje, on krzyżuje. Cokolwiek przyjdzie z Sejmu, jeśli nie ma pieczęci „Narodowe, Biało-Czerwone i Z Bogiem”, zostaje natychmiast spalone w ogniu ideologicznej świecy.


A NA WSCHODZIE BEZ ZMIAN

W tle wszystkiego Putin testuje swoje nowe rakiety – takie z „nieograniczonym zasięgiem”, czyli jak jego bezczelność. Browder tłumaczy światu, że Putin musi być w stanie wojny, bo inaczej Rosjanie powiesiliby go na latarni. Cóż, można powiedzieć, że Rosja żyje w permanentnym stanie „zanim nas powieszą”.

Na Zachodzie Trump, nasz globalny kolega od „biznesu na państwowym”, sprzedaje kryptowaluty i ułaskawia ludzi, którzy mu za to płacą. Gdyby ktoś chciał znaleźć wspólny mianownik z PiS, to wystarczy: „prywatyzacja wszystkiego, co się rusza” – od ziemi pod CPK po sumienie.


NA KONIEC – KROPLA FILOZOFII DO KAWY

Może ta cała historia z dwukadencyjnością to tylko metafora polskiej polityki: każdy chciałby rządzić wiecznie, dopóki nie zacznie tracić poparcia. Wtedy natychmiast domaga się „rotacji” i „świeżej krwi”. Demokracja po polsku przypomina więc karuzelę w lunaparku – niby się kręci, ale wciąż w tym samym miejscu.

I tylko Tusk, jak spokojny operator tej karuzeli, trzyma w ręku wajchę i mówi: „Spokojnie, państwo, proszę nie wysiadać w trakcie jazdy”.


Poranna puenta:
Dwukadencyjność to nie problem wójtów, tylko pamięci wyborców. Gdybyśmy umieli pamiętać, kto nas robił w balona, żadne ustawy o kadencyjności nie byłyby potrzebne.

Bo władza w Polsce, jak majonez – trzyma się tylko wtedy, gdy nie zacznie się jej mieszać z PiS-em.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights