DWA PŁUCA, JEDEN ORGANIZM I SEKTA, KTÓRA UDAJE SZPITAL

Warszawa

Wiosna przyszła tym razem jak lekarz, który już w progu wie, że pacjent nie ma kataru, tylko poważną chorobę, ale patrzy na rodzinę i widzi, że oni nadal wierzą, że to tylko przeciąg.
I tak właśnie wygląda dziś Prawo i Sprawiedliwość — organizm, który nie tyle oddycha nierówno, co zaczyna się dusić własną historią, własną propagandą i własnym przekonaniem o nieomylności.

Mateusz Morawiecki, jeszcze niedawno bankowy technokrata w garniturze z PowerPointa, postanowił nagle zostać lekarzem od wszystkiego. Wyciągnął skalpel nazwany „Rozwój Plus” i zaczął operację, która miała być liftingiem, a wygląda jak rozcinanie pacjenta na oślep, w półmroku i bez znieczulenia.

Na razie ma czterdziestu posłów. Mówi, że będzie miał siedemdziesięciu. To jest ten moment, w którym polityka przestaje być rachunkiem, a zaczyna przypominać opowieści wędrownego kuglarza — liczby rosną, bo ktoś opowiada z odpowiednią miną.

W PiS zapanował nastrój nie tyle kontrolowanej paniki, co paniki udającej dyscyplinę. Nikt nie krzyczy, bo krzyczeć nie wolno. Nikt nie rzuca krzesłami, bo krzesła są własnością prezesa. Ale wszyscy patrzą na siebie jak ludzie, którzy nagle zrozumieli, że statek nie tylko nabiera wody, ale kapitan udaje, że to dekoracja.

Jarosław Kaczyński stoi na konferencji i mówi o pieniądzach. O wpłatach. O trudnościach. A za nim stoi Morawiecki, jak statysta w spektaklu, w którym miał być kiedyś główną rolą. I prezes nie mówi o nim ani słowa.

To nie jest przypadek. To jest komunikat. Milczenie Kaczyńskiego jest jak wyrok bez uzasadnienia — nie wiadomo kiedy zapadł, ale wszyscy wiedzą, że już obowiązuje. To jest ten rodzaj ciszy, który mówi więcej niż najdłuższe przemówienia, bo oznacza: „już cię nie ma, tylko jeszcze o tym nie wiesz”.

A Morawiecki stoi i się uśmiecha. Bo w tej partii nawet bunt musi być elegancki, nawet rozłam musi być opakowany w słowa o jedności, a nawet ambicja musi udawać pokorę.

I zaczyna się festiwal hipokryzji, który w PiS osiągnął poziom niemal artystyczny. Jedni mówią: zdrada. Drudzy mówią: drugie płuco. Trzeci mówią: strategia. A prawda jest prostsza i bardziej banalna — zaczęła się walka o władzę w partii, która przez lata udawała, że władza jest tylko jedna, święta i niepodzielna.

Morawiecki opowiada o jedności, a jednocześnie buduje własne zaplecze jak człowiek, który już pakuje walizki, ale jeszcze mówi domownikom, że „nigdzie się nie wybiera”.
To nie jest żadna filozofia polityczna. To jest klasyczne „idę na swoje”, tylko ubrane w słowa dla naiwnych.

Z drugiej strony mamy Przemysława Czarnka, który reaguje jak strażnik świątyni, do której ktoś wszedł bez pozwolenia. Padają słowa o zdradzie, o lojalności, o zasadach — czyli dokładnie to, co zawsze pada, gdy zaczyna się rozpadać konstrukcja zbudowana na strachu i dyscyplinie. Czarnek, ten intelektualny buldożer bez hamulców, próbuje jeszcze udawać, że to wszystko da się zatrzymać słowem „zdrada”, jakby polityka była katechizmem, a nie walką o przetrwanie.

I nagle okazuje się, że PiS, ta partia jedności, zaczyna wyglądać jak rozkręcona na śrubki maszyna, w której każdy element zaczyna działać na własną rękę. A najgorsze jest to, że nikt już nie wie, kto jest mechanikiem, a kto tylko udaje, że trzyma klucz francuski.

To nie jest pierwszy raz. Były już odłamy, były bunty, były projekty, które miały ratować, a kończyły jako polityczne sieroty. Ale teraz robi to były premier, człowiek z ambicją większą niż jego polityczny refleks i z zapleczem, które pachnie władzą sprzed kilku miesięcy.

W tle majaczy PSL, ten nieśmiertelny zespół obrotowy, który potrafi być wszędzie i nigdzie jednocześnie.
Jeśli tylko poczuje, że coś się przesuwa, natychmiast ustawi się tak, żeby nie spaść, a najlepiej jeszcze coś na tym zyskać. Polityczny survival w najczystszej postaci.

A rząd Donalda Tuska patrzy na to wszystko jak na przedstawienie, które ktoś zorganizował specjalnie dla niego. Bo nic tak nie pomaga rządzić, jak opozycja, która sama się rozkłada na części pierwsze i jeszcze robi to publicznie.

I tylko wyborca stoi z boku i patrzy na ten spektakl jak na powtórkę serialu, który zna na pamięć, ale i tak ogląda, bo nie ma nic lepszego w telewizji. Bo ile razy można sprzedawać tę samą historię o jedności, która kończy się podziałem, o lojalności, która kończy się walką, o wielkich planach, które kończą się małymi ambicjami.

Na końcu zostaje pytanie, które jest prostsze, niż wszyscy chcieliby przyznać: czy to jeszcze partia, czy już tylko zbiór ludzi, którzy boją się, że bez niej nie istnieją.

Bo w polityce nic nie rozpada się nagle. Najpierw pojawia się rysa. Potem pęknięcie. A potem wszyscy udają, że to tylko efekt światła. I właśnie w tym momencie jest dziś PiS. W momencie, w którym pęknięcie widać już gołym okiem, ale nadal można udawać, że to tylko refleks wiosennego słońca.


  1. Stefan Kubów

    Świetnie i prawdziwie napisane. Com przeczytał akapit, to czytałem głośno żonie. I tak przeczytałem jej cały tekst

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights