DRONY, PANIKA I KOGUTY POLICYJNE

Warszawa

Polska obrona cywilna przypomina dziś hydrant w małym miasteczku: ładnie wygląda na zdjęciach, ale lepiej nie sprawdzać, czy woda jeszcze leci. Gdy rosyjskie drony zaglądają nam przez okno, premier słusznie apeluje o spokój. I dobrze — bo co ma powiedzieć? „Schowajcie się wszyscy do piwnicy, tylko że nie wiemy, gdzie macie piwnice”?

Prawda jest taka, że wojskowo radzimy sobie nieźle. F-35 latają, włoskie cysterny tankują, niemieckie patrioty grzecznie świecą radarami, a nasze F-16 udają, że wcale nie są przestarzałe. Słowem: NATO działa jak dobrze naoliwiona orkiestra symfoniczna. Problem w tym, że na widowni siedzą Polacy, którzy nie wiedzą, czy na dźwięk syren mają klaskać, czy raczej uciekać w kierunku wyjścia ewakuacyjnego, którego nigdy nie widzieli.

System ostrzegania? Alert RCB, który przypomina SMS-a od dawno zapomnianego znajomego: „Hej, coś się dzieje”. Nikt już na to nie reaguje. W Ukrainie mają apki, które wyją jak kogut policyjny — u nas wciąż wierzymy, że obywatela uratuje komunikat w telewizji o 19:30. I że wszyscy akurat siedzą przed telewizorem.

Rosja tymczasem wygrywa wojnę nie tylko dronami, ale i tweetami. Nie trzeba żadnej skomplikowanej akcji, wystarczy, że coś spadnie, a w sieci od razu pojawia się tłumek samozwańczych ekspertów: „To pewnie ukraiński dron”, „Polska sama się wciąga w wojnę”, „A na Słowacji nic nie spada”. Krótko mówiąc: Kreml podrzuca zapałki, a my sami podkładamy chrust.

Czy jest powód do paniki? Jeszcze nie. Dron to nie meteor, nie spadnie każdemu na głowę. Ale prawdą jest, że w razie czego nasze przygotowanie cywilne ogranicza się do znajomości numeru do teściowej. I to nie zawsze aktualnego.

Obecna ekipa rządząca? Na szczęście zachowuje spokój i zdrowy rozsądek. Nie ma „dronozy” — nie kupujemy na gwałt plastikowych latających zabawek na AliExpress, wierząc, że to załatwi sprawę. Wiemy, że armia to wciąż czołgi, lotnictwo, artyleria i całe to nudne, kosztowne żelastwo. Tyle że ktoś musi jeszcze wytłumaczyć obywatelom, co mają robić, gdy syrena wyje nie dlatego, że strażak testuje sprzęt przed odpustem.

Dobrze, że premier studzi emocje. Dobrze, że wojsko działa. Ale może warto też, obok rakiet i laserów rodem z Gwiezdnych Wojen, zainwestować w coś bardziej przyziemnego: edukację obywateli. Bo na razie mamy sytuację jak z filmu Barei: „Proszę się nie bać, wszystko jest pod kontrolą”. A publika w panice biega po scenie, szukając wyjścia ewakuacyjnego.

Bo jeśli obrona cywilna nadal będzie leżeć i kwiczeć, to nawet najdroższy Patriot okaże się zwykłym chłopcem do bicia w wojnie informacyjnej. A w tej wojnie — jak wiemy — zwycięża nie ten, kto ma więcej rakiet, ale ten, kto głośniej tweetuje.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights