
Sierpień 2025. Warszawa tonie w spalinach, upale i problemach egzystencjalnych. Czasem myślę, że to wszystko to po prostu skecz Monty Pythona, tylko z gorszym scenariuszem i mniej charyzmatyczną obsadą. Bo oto świat znowu się zmienia – a my, jak te pionki na planszy, przesuwani jesteśmy przez palce wielkich chłopców w garniturach. Jeden z nich właśnie został prezydentem Polski. Znowu.
Karol Nawrocki, czyli nasz nowy-stary prezydent z apaszką narodowego konserwatyzmu, wszedł do Pałacu jak ktoś, kto znalazł pęk kluczy do mieszkania sąsiada i postanowił zostać na dłużej. Obiecał „chronić suwerenność” i „bronić konstytucji”, co – jak wiemy – w polskim tłumaczeniu oznacza coś zupełnie odwrotnego. Taką mamy tradycję. Żeby chociaż było zabawnie. Ale nie. Jest siermiężnie i z dziwnym zapachem kadzidła.
Z drugiej strony, świat nie czeka. W międzyczasie wschodni sąsiad postanowił wtrącić się do agrokultury i posłał rosyjskiego drona prosto w polską kukurydzę. Kukurydza nie miała szans, dron się spalił, a minister obrony ogłosił, że to „jawna prowokacja”. No jasne. Przecież każdy, kto zna historię, wie, że wojny zaczynają się od niszczenia plonów. Zboże, kartofel, a teraz kukurydza. Archetypiczny atak. Prawie mitologiczny.
I właśnie w takiej atmosferze – między spalonym polem a wygaszonym protestem – toczy się nasza mała wielka wojna domowa. Bo Polska 2025 to kraj dwóch narodów. Jeden mówi „Tusk to demokracja”, drugi mówi „Nawrocki to wolność”, a trzeci – nieco bardziej trzeźwy – mówi: „zamknijcie się wszyscy, chcę tylko świętego spokoju i ciepłej wody w kranie”. Niestety, nie ma ciepłej wody – są za to debaty konstytucyjne, zamrożone ustawy i ciągłe tłumaczenia, że „to nie nasza wina, to wszystko przez poprzedników”.
Tymczasem, na warszawskich ulicach, nieustannie mija mnie młodzież zapatrzona w telefony. Niby idą, ale jakby płynęli w symulacji. Mapy Google prowadzą ich bardziej niż logika czy instynkt. Człowiek bez telefonu wygląda dziś jak podejrzany – może bezdomny, może poeta, może wróg demokracji. A może po prostu bateria mu padła. W tym kraju to już podejrzane.
W tym chaosie, coraz mniej pamiętamy o przeszłości. O Jacku Kuroniu nikt już nie mówi, o KOR-ze – cisza. Skrót K.O.R. na szpitalnym oddziale ratunkowym to już nie heroiczna historia oporu, tylko nazwa miejsca, w którym pacjent leży w korytarzu, czekając na lepszy los. Nawet historia jest dziś offline.
No i co z tym wszystkim zrobić? Może rzeczywiście czas na zmianę zasad gry. Demokracja – w wersji 2025 – przypomina bitwę youtuberów na reklamy. Kto ma więcej pieniędzy, ten wygrywa wybory. Racje nie mają znaczenia. Liczy się zasięg, lajki, narracja. I może to już nie jest demokracja. Może to jest reality show z udawaną powagą. A może trzeba zrobić miejsce dla merytokracji – systemu, w którym decydują wiedzą, umiejętności i kompetencje. Czyli wszystko to, czego aktualna elita unika jak szczepionek.
Wiem, wiem – to nierealne. Tak samo jak myśl, że prezydent będzie łączył, a nie dzielił. Tak samo nierealne, jak ustawa o związkach partnerskich. Bo przecież „to nie czas” – jak mówi obecna linia polityczna. Zawsze nie czas. Zawsze są ważniejsze rzeczy – bezpieczeństwo narodowe, geopolityka, wojna, drony w kukurydzy. A potem znowu wybory i znowu „to nie czas”.
Rozmawiałem ostatnio z osobami wykluczonymi – tymi, których były prezydent Duda nazywał „ideologią”. Mają rację – są ignorowani, pomijani, marginalizowani. Ale też są ślepi na to, że w tej chwili każdy jest traktowany jak problem, nie obywatel. Nawet ci władzy. Nawet my, klawiaturowi komentatorzy rzeczywistości.
Może rzeczywiście jesteśmy już tylko bohaterami serialu o upadku zachodniej cywilizacji. I tylko nie wiadomo, czy to satyra, dramat czy science fiction. Ale jedno jest pewne – kukurydza nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa.
Z Warszawy, gdzie absurd rośnie szybciej niż ceny biletów ZTM, a każdy dzień to nowy sezon politycznego reality show.

Dodaj komentarz