
Strach, drodzy Państwo, to dziś nasza waluta narodowa. Kiedyś handlowaliśmy węglem, meblami z BRW i pierogami z Biedronki, a teraz eksportujemy emocje. Najczęściej te z kategorii „drżyj obywatelu”. A że drżeć jest łatwiej niż myśleć, to idzie nam całkiem nieźle.
Oto scena polityczna A.D. 2025: po jednej stronie Donald Tusk, ostatni normalny człowiek w tym cyrku na gumowych nogach, który zamiast machać sztandarem apokalipsy, proponuje coś tak niesamowitego jak… zarządzanie państwem. Po drugiej stronie: galeria postaci z horroru klasy B, gdzie reżyserem jest Jarosław K., a scenariusz pisany jest w rytm podsłuchów i protokołów pokontrolnych.
Z lewej strony straszy nas Lewica, że bez niej kobiety będą zmuszone rodzić dzieci po spożyciu pieroga z ruskim paszportem. Z prawej krzyczą, że na granicy mają tylko świeczki, a nie karabiny. W centrum: Koalicja Obywatelska, która od października 2023 roku jest jak kierowca Ubera – wie, że trzeba dojechać, ale nie wie dokąd, więc pyta: „czy boi się Pan PiS-u?”
I co? Boimy się. Jak dzieci w ciemności, jak Niemiec, który podpisuje umowę z Trumpem. Bo strach to dziś jedyny towar, który kupujemy bez VAT-u. Działa na wszystkich: na liberała, który obawia się powrotu autorytaryzmu; na narodowca, który boi się imigranta z Turcji; na centrowego wyborcę, który boi się własnej teściowej.
Ale pytanie brzmi: co dalej? Bo ile można trzymać obywatela na kroplówce z lęku przed powrotem Kaczyńskiego? Czy nie należałoby wreszcie podać mu zupę z nadziei, drugie danie z reform i deser z planu na przyszłość? Czy nie warto wreszcie powiedzieć: „Jarek już tu był, zjadł, wysikał się na Konstytucję i poszedł. Teraz my robimy porządek”?

Zamiast tego mamy debatę, czy liberał może dyskutować o aborcji i migracji. Może, ale musi to zrobić cicho, najlepiej pod kołdrą, z poduszką w ustach, żeby nie usłyszeli sąsiedzi z TV Republika, czy Trwam. Bo jeszcze zarzucą „brak moralnej treści”. A przecież liberał nie może być zbyt moralny, bo od tego są prawdziwi patrioci z podkomisji smoleńskiej.
A propos moralnej treści – UE właśnie podpisała umowę z USA, po której Trump otarł usta z hamburgera i powiedział: „Good boy, Europe”. Komisja Europejska ogłosiła sukces, bo zamiast 30% cła, Trump dowalił nam tylko 15%. Sukces negocjacyjny porównywalny z tym, jakby bandyta zamiast obić ci twarz, tylko napluł do kawy.
Tymczasem Polska, jak panna na wydaniu, której wreszcie ktoś powiedział komplement, cieszy się, że kupi gaz od USA i nie dostanie batów od Brukseli. A że przy okazji Niemcy i Francuzi stracą na tym interesie, to co tam. Ważne, że my nie musimy już udawać, że chcemy wspólnej Europy. My chcemy Europy, która się nas boi. I najlepiej, żeby do tego płaciła.
Na tym tle Donald Tusk to jak trzeźwy gość na weselu, gdzie wszyscy tańczą na stole. On nie straszy, on nie wrzeszczy. On po prostu robi swoje. A że robi to dobrze, to właśnie dlatego tak wielu się go boi. Bo nie potrafią z nim tańczyć.
Strach strachem, ale może pora na politykę z treścią, z ideą, z planem? Może zamiast debat o „demokracji moralnej” warto zaproponować ludziom coś więcej niż terapię strachu i psychoterapię z Alanem Kahanem?
Bo jak tak dalej pójdzie, to nawet kot prezesa zacznie bać się własnego ogona.
A przecież to my mamy kota na punkcie demokracji. Więc niech strach wreszcie ma wielkie oczy, ale niech przestanie być ministrem propagandy.

Dodaj komentarz