DEMOKRACJA, CZYLI KTO TU KOMU LICZY GŁOSY, A KTO LICZY NA CUDA

Warszawa

Niedzielny wieczór ma swoją temperaturę. Nie tę z termometru, tylko tę z duszy. Człowiek siedzi przy stole, herbata stygnie szybciej niż entuzjazm do polityki, a telewizor mruga jak zmęczony świadek historii, który widział już wszystko i niczego się nie nauczył. Za oknem Polska – ta sama, tylko co wybory odświeżana jak stara elewacja, której farba odpada dokładnie w tych samych miejscach.

I wtedy ktoś wypowiada słowo „demokracja”.

Słowo, które kiedyś brzmiało jak obietnica, dziś brzmi jak promocja w supermarkecie: „kup jedno, drugie dostaniesz za pół ceny – sens gratis”. Demokracja stała się walutą tak zużytą, że można nią płacić za wszystko: za wolność, za zamordyzm, za porządek, za chaos, za zwycięstwo i za porażkę. Każdy polityk nosi ją w kieszeni jak drobne – wyciąga, kiedy trzeba zapłacić rachunek za własne decyzje.

Problem w tym, że demokracja nie jest tym, czym wielu chciałoby, żeby była. Nie jest ciepłym kocem, który przykrywa społeczne konflikty. Nie jest też automatem do spełniania życzeń. To raczej ring bokserski, na którym wszyscy udają, że walczą według zasad, a potem i tak próbują kopnąć przeciwnika pod stołem.

Bo demokracja – jeśli ją rozebrać z patosu i odłożyć na bok szkolne definicje – to system, w którym władza boi się obywatela trochę bardziej, niż obywatel boi się władzy. To nie jest system idealny. To jest system podejrzliwy. Opiera się na nieufności, nie na miłości. Na kontroli, nie na zachwycie.

I tu zaczyna się polski dramat.

Bo my lubimy demokrację jak deser, ale nie znosimy jej jak diety. Chcemy wyborów, ale nie chcemy konsekwencji. Chcemy większości, ale tylko wtedy, gdy jest nasza. Chcemy wolności słowa, ale najlepiej dla siebie i swoich znajomych. Reszta może poczekać w kolejce, najlepiej bardzo długiej.

Największe nieporozumienie polega na tym, że wielu myli demokrację z samym głosowaniem. Jakby wrzucenie kartki do urny było aktem magicznym, który automatycznie zamienia rzeczywistość w bajkę. Tymczasem wybory to tylko moment – jak zdjęcie z wesela. Ładne, wzruszające, ale nie oddaje całej prawdy o małżeństwie.

Bo prawdziwa demokracja dzieje się między wyborami. W sporach, w krzyku, w kompromisach, które nikogo nie satysfakcjonują, ale wszystkich jakoś ratują. W tym codziennym, męczącym procesie, gdzie nikt nie wygrywa do końca, a nikt nie przegrywa raz na zawsze.

I tu pojawia się coś, czego nie widać w telewizji: zgoda warunkowa. Brzmi jak termin z instrukcji obsługi pralki, ale to fundament całego systemu. To niepisana umowa, że dziś wygrywasz ty, jutro mogę wygrać ja – i obaj udajemy, że to jest w porządku. Nawet jeśli nas skręca w środku.

Demokracja to więc nie jest zgoda. To jest zgoda na brak zgody.

Ale jest jeszcze jedna rzecz, bardziej niebezpieczna niż polityczna głupota – iluzja, że demokracja wszystko załatwi. Że będzie bogaciej, sprawniej, spokojniej, piękniej. Tymczasem demokracja nie obiecuje dobrobytu. Ona obiecuje procedurę. A procedura, jak każdy urzędnik, ma swoje tempo i swoje humory.

W demokracji decyzje zapadają wolniej, bo więcej osób ma coś do powiedzenia. Kosztują więcej, bo więcej osób chce coś dostać. I wkurzają bardziej, bo każdy ma prawo narzekać. To system, który daje obywatelowi głos – a potem musi znosić, że obywatel z tego głosu korzysta.

W Polsce dodatkowo mamy talent narodowy: traktujemy demokrację jak narzędzie jednorazowego użytku. Wygrywamy – to znaczy, że mamy rację. Przegrywamy – to znaczy, że system jest zepsuty. Proste jak konstrukcja cepa i równie subtelne.

A przecież demokracja to gra, w której najważniejsze nie jest to, kto wygrał, tylko czy przegrany nadal chce grać.

Bo jeśli nie chce – jeśli uzna, że stół jest krzywy, karty znaczone, a krupier do wymiany – to gra się kończy. I zaczyna się coś znacznie mniej przyjemnego, choć często bardziej widowiskowego.

Demokracja nie jest więc ani piękna, ani sprawna, ani nawet szczególnie uczciwa. Jest tylko… mniej niebezpieczna od alternatyw. To system, który nie obiecuje raju, ale ogranicza piekło. Taki polityczny gaśniczy kompromis – nie gasi wszystkich pożarów, ale przynajmniej nie dolewa benzyny.

I może dlatego tak trudno ją kochać.

Bo demokracja nie daje satysfakcji. Daje odpowiedzialność.

A z tym, jak wiadomo, w niedzielny wieczór bywa nam wyjątkowo nie po drodze.


  1. Elzbieta Sabik

    👏👏👏👍👍👍

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights