CZWARTKOWY FELIETON DO JAJECZNICY

Warszawa

NIELEGALNA KRAJOWA RADA SWOICH, CZYLI JAK PIEBIAK, PCHALSKI I PAWEŁCZYK-WOICKA ZBUDOWALI SĄDOWNICZY TINDER

Poranek, śnieg za oknem, kawa stygnie. W radiu mówią o planach rządu, w gazetach o tym, że Musk znowu nazwał Sikorskiego śliniącym się imbecylem. Miło, że świat się nie zmienia – tylko tytuły władzy i rozmiary ego ulegają rotacji. Tymczasem w Polsce wydarzyło się coś, co warto odnotować, zanim zatopimy się w wieczornych analizach odcinka „Na Wspólnej”: Senat przegłosował ustawę, która robi coś, co w tym kraju nie mieściło się od lat w głowie – odbiera politykom władzę nad sądami. O zgrozo!

Nie martwcie się – Nawrocki pewnie i tak tego nie podpisze, bo jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o wpływy. A przecież prezydent nie po to przesiaduje w Pałacu i podpisuje okolicznościowe kartki, żeby teraz pozwolić, by sędziów wybierali… sędziowie. Skandal, prawda?

Na szczęście ustawa przewiduje wybory wiosną. Czeka nas widowisko: 15 miejsc w KRS, nowe zasady, realna reprezentacja środowiska – rewolucja w todze. Jakby ktoś pomyślał, że to nudne – przypomnijmy sobie, jak to było za PiS. Bo przecież neo-KRS, ten Frankenstein w sędziowskim garniturze, został stworzony po to, by wsadzać „swoich” wszędzie, gdzie tylko można było podpiąć pensję, awans i immunitet. Awanse dla rodzin, partnerów, kotów i znajomych z siłowni.

Ziobro, Duda i reszta tej ponurej grupy rekonstrukcyjnej sanacji zrobili z KRS karuzelę śmieszności. Do tej pory za „sędziowską niezależność” robiły postacie znane z konferencji, gdzie głównym kryterium awansu była długość lojalności wobec resortu. Gdyby nie ten cały dramat z Konstytucją, to byłby gotowy scenariusz na „The Office: Warsaw Judiciary Edition”.

Ale rząd Tuska próbuje z tego chaosu zrobić coś na kształt instytucji. Minister Żurek, który wcześniej był w stanie urwać głowę Ziobrystom samym tylko spojrzeniem, przygotował ustawę, która nie tylko przywraca standardy europejskie, ale też spina tę sędziowską menażerię w coś przypominającego wspólnotę. Kandydaci muszą mieć doświadczenie, wybory będą powszechne, a neo-sędziowie też mogą próbować – choć nie wróżę im spektakularnych wyników, chyba że będą rozdawali frytki przy wejściu do sądu.

I wtedy wchodzi Musk, cały w memach. Obrażony na ludzkość, z głową pełną satelit i żalem, że świat nie zrozumiał jego geniuszu, odpowiada Sikorskiemu – który odważył się zasugerować, że może zarabianie na wojnie nie jest fajne – tekstem o „śliniącym się imbecylu”. Aż chce się zapytać: kto ci to napisał, Elon, Twitter przed czyszczeniem?

Sikorski, z gracją człowieka, który był w tylu politycznych burzach, że mógłby napisać podręcznik przetrwania w chaosie, po prostu rzucił pytanie o Starlinki. Musk odpowiedział jak chłopiec, który nie dostał swojej porcji uwagi. Ale spokojnie – on też kiedyś się zestarzeje. I wtedy jego własne tweety będą mu czytane przez automat w domu spokojnej starlinkowej starości.

Tymczasem na froncie wschodnim, czyli w Pałacu Prezydenckim, Karol Nawrocki zaprasza na spotkanie kluby parlamentarne. Jakież to urocze. Taki mały casting na „czy jeszcze ktoś mnie lubi?”. KO i Lewica nie przyjdą. PSL, jak to PSL, zawsze gotowe grać na trzy fortepiany i akordeon. Nowacka powiedziała, że prezydent próbuje udawać, że jest centrum władzy. No cóż. Jak się nie ma realnej siły, to trzeba robić herbatę i zapraszać gości.

Prezydent chce dialogu, ale od tyłu. Czyli weta najpierw, rozmowa później. Taką logikę zna każdy, kto kiedykolwiek próbował pogodzić się z obrażoną ciotką, zanim oddała ci klucze od mieszkania, które zapisała komuś innemu.

Na arenie międzynarodowej Trump znowu błysnął intelektem – czyli coś pomiędzy pralką wirnikową a toasterem z AI. W NATO nikt mu nie mówi „dziękuję”, to się obraża jak pięciolatek bez żelka. Anne Applebaum mówi wprost o faszyzmie. To nie jest przesada, to jest odpowiedź. Słowo na „F” w USA znów robi karierę, i to nie jako „freedom”.

I tak oto dochodzimy do sedna: świat ogarnia szaleństwo, Polska próbuje wyjść z moralnego burdelu sądowego, Musk rzuca inwektywami, Trump wspomina o sojusznikach jakby ich wynajął na wesele, a u nas – rząd próbuje robić coś, co brzmi jak… naprawa państwa.

Czy to zadziała? Nie wiem. Ale patrząc na afery w Funduszu Sprawiedliwości, gdzie obrońcy ks. Olszewskiego rzucają się po sali sądowej jak na przesłuchaniu w serialu TV Puls, to myślę, że warto spróbować. Przynajmniej ktoś próbuje wymyślić, jak posprzątać ten bałagan.

A teraz proszę się napić kawy. I pamiętać: Polska wstaje z kolan. W kapciach, z bólem pleców, ale jednak.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights