




Środa zaczęła się od triumfu algorytmu. Facebook zawiesił mi konto. Najwyraźniej moje zdania okazały się groźniejsze niż masowe dezinformacje i reklamy cudownych inwestycji w złoto z plastiku. W cyfrowej republice wolności słowa możesz mówić wszystko – pod warunkiem, że mówisz to, co trzeba, w tonie zatwierdzonym przez bezduszny automat. Klik. Nie ma cię.
Dlatego publikuję dzięki uprzejmości przyjaciół, którzy udostępniają moje teksty z www.bielejewski.waw.pl. Podziemie XXI wieku. Zamiast bibuły – link. Zamiast cenzora z Mysiej – moderator z Doliny Krzemowej w klapkach.
A kiedy ja walczyłem z cyfrową kneblownicą, w Pałacu Prezydenckim trwał sześciogodzinny spektakl pod przewodnictwem prezydenta Karola Nawrockiego. Sześć godzin. Tyle trwa solidny lot przez pół Europy. Tylko że samolot ląduje. A tu po sześciu godzinach wylądowaliśmy w punkcie wyjścia.
AKT I: SAFE, CZYLI 43,7 MILIARDA EURO I PYTANIA, KTÓRE NIE WYBRZMIEWAJĄ
Fakty są twarde jak stal pancerza: 43,7 miliarda euro dla Polski w ramach unijnego programu SAFE. Około 184 miliardów złotych. 139 projektów. Wyrzutnie Piorun. Borsuki. Kraby. Tankowce powietrzne Airbus. Realizacja do 2030 roku. Pożyczki, nie darowizny.
Minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz mówi: ponad 80 procent środków trafi do polskiego przemysłu. Kontrakty z USA i Koreą Południową nie są zagrożone. Konkret. Liczby. Deklaracje.
Po sześciu godzinach wychodzi Zbigniew Bogucki i oznajmia: „nie wybrzmiały wszystkie odpowiedzi”. To zdanie jest jak polityczny dezodorant. Rozpylasz je i przykrywasz zapach braku konkluzji.
Jeżeli przy 184 miliardach złotych odpowiedzi nadal „nie wybrzmiewają”, to może nie problem w odpowiedziach, tylko w tym, że ktoś słucha z zatyczkami w uszach.
Sławomir Cenckiewicz mówi o „jakimś konsensusie”. W sprawie największego programu zbrojeniowego od lat mamy „jakiś” konsensus. Jakby chodziło o wybór koloru elewacji, a nie o bezpieczeństwo państwa.
OSOBNA SEKCJA ABSURDU: „NIE ZNAMY STANOWISKA RZĄDU”
Teraz crème de la crème retorycznej ekwilibrystyki.
Premier Donald Tusk przed RBN mówi publicznie: „w obecnych okolicznościach Polska nie przystąpi do prac Rady Pokoju”. Wyraźnie. Bez metafor. Bez aluzji. Po polsku.
Minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski od wielu dni sygnalizuje poważne zastrzeżenia natury ustrojowej i międzynarodowej wobec projektu Donalda Trumpa.
I co słyszymy po sześciu godzinach obrad?
Zbigniew Bogucki: „nie znamy stanowiska rządu”. Marcin Przydacz: „formalnego, oficjalnego stanowiska nie ma”.
To jest moment, w którym logika bierze urlop bezpłatny.
Premier mówi „nie”. Publicznie. Przed kamerami. W obecności całej opinii publicznej. A Pałac odpowiada: stanowiska nie ma.
To tak, jakby ktoś ogłosił rozwód na sali sądowej, a druga strona stwierdziła: „nie znamy stanu cywilnego”.
Albo jakby ktoś stał na środku rynku i krzyczał „nie kupuję!”, a sprzedawca odpowiadał: „nie otrzymaliśmy zamówienia”.
To nie jest już spór merytoryczny. To jest operowanie pojęciem „stanowisko” jak plasteliną. Jeśli nie ma uchwały oprawionej w złotą ramkę, to znaczy, że słowa premiera nie istnieją? To jest retoryka, która przypomina dziecięcą zabawę w chowanego: jeśli zamknę oczy, to cię nie ma.
AKT II: RADA POKOJU, CZYLI KLUB MILIARDERÓW Z DOŻYWOTNIM PREZESEM
Rada Pokoju Donalda Trumpa. Organizacja z dożywotnim przewodniczącym. Miliard dolarów wpisowego za stałe członkostwo. Zaproszenia dla autokratów. Alternatywa dla ONZ.
Brzmi jak startup z ambicją zarządzania światem, tylko bez kontroli akcjonariuszy i bez kadencyjności.
I tu pojawia się zarzut „europocentryzmu”. Rząd patrzy na Europę. Jak śmie. Jakby Polska od 20 lat nie była członkiem Unii. Jakby nasze bezpieczeństwo nie było splecione z NATO i strukturami europejskimi.
„Europocentryzm” w ustach krytyków brzmi jak oskarżenie o zdradę planety. Tymczasem oznacza po prostu analizę konsekwencji. Pytanie o to, czy wchodzenie do organizacji, w której jeden człowiek rządzi dożywotnio, a mechanizmy finansowe są mgliste jak poranek nad Wisłą, jest rozsądne.
Jeśli zdrowy rozsądek to „europocentryzm”, to może warto go chronić jak rezerwat przyrody.
AKT III: JEDNO UDERZENIE SERCA I POLITYCZNY TEATR
Prezydent mówi o „jednym uderzeniu serca” dzielącym marszałka od prezydentury. Patos płynie szerokim strumieniem. Bezpieczeństwo państwa wchodzi na scenę w kostiumie dramatu romantycznego.
Bezpieczeństwo to sprawa poważna. Tym bardziej dziwi teatralny ton. Wątpliwości są artykułowane. Atmosfera gęstnieje. Konkretów w przestrzeni publicznej brak. Zostaje napięcie.
Napięcie w polityce jest jak dym sceniczny. Efektowne. Fotogeniczne. Mało odżywcze.
JEDNORAZOWE BEZPIECZEŃSTWO
Jednorazowe dopuszczenie do niejawnych obrad. Formalnie – zgodne z prawem. Politycznie – brzmi jak instrukcja obsługi prowizorki.
Bezpieczeństwo państwa nie powinno działać w trybie „promocja dnia”. Nie powinno być decyzją z adnotacją: tylko dziś.
KOMENTARZE PO RBN: POLITYCZNY CHÓR PO SPEKTAKLU
I kiedy kurtyna opadła, a mikrofony rozgrzały się do czerwoności, zaczęła się druga część widowiska – konferencyjny epilog.
Włodzimierz Czarzasty wyszedł z jednym zdaniem, które było krótsze niż większość prezydenckich akapitów: „ustawka się nie udała”. Krótko. Celnie. Bez dramatycznych pauz. To był polityczny szpil w balon patosu. Jedno zdanie, które sprowadziło sześciogodzinną operę do poziomu szkolnej inscenizacji z przerysowaną scenografią.
Czarzasty podziękował za wsparcie i dodał: „Jedziemy dalej”. W języku politycznym to odpowiednik wzruszenia ramionami. Przekaz? Próba podzielenia koalicji się nie powiodła. Próba wbicia klina – stępiona.
Z drugiej strony mikrofon przejął Zbigniew Bogucki. Mówił o „bardzo wielu pytaniach”, o potrzebie „pogłębionej analizy”, o tym, że „nie wybrzmiały wszystkie odpowiedzi”. Gdyby zebrać te frazy i wrzucić do generatora konferencji prasowych, można by nimi obsłużyć pół kadencji.
Marcin Przydacz dołożył nutę dramatyzmu. „Mam dla państwa złą informację” – zaczął. Brzmiało jak zapowiedź trzęsienia ziemi. A zła informacja polegała na tym, że – jego zdaniem – nadal nie wiadomo, jakie jest stanowisko rządu wobec Rady Pokoju. Mimo że premier kilka godzin wcześniej powiedział je publicznie.
Przydacz mówił też o „zuchwałości” premiera w kontekście odmowy przystąpienia do Rady Pokoju. Słowo ciężkie, jakby chodziło o wypowiedzenie wojny, a nie o odmowę udziału w projekcie z dożywotnim przewodniczącym i miliardowym wpisowym.
Sławomir Cenckiewicz podkreślał, że „jakiś konsensus się zarysował” w sprawie SAFE. „Jakiś” – to słowo tygodnia. W sprawach bezpieczeństwa narodowego dobrze byłoby operować czymś bardziej precyzyjnym niż „jakiś”. Konsensus to nie szkic ołówkiem.
Z kolei Piotr Zgorzelski z PSL mówił, że rozmowa była „twarda i merytoryczna, czasami ostra”. Krzysztof Bosak uznał, że wyszedł z „pogłębionym stanem wiedzy”. Adrian Zandberg przyznał, że nie uzyskał odpowiedzi na wszystkie pytania. Każdy z uczestników wyszedł z własną wersją rzeczywistości, jakby RBN była salą luster.
Jedni mówili o odpowiedzialności. Drudzy o braku odpowiedzi. Trzeci o konsensusie. Czwarty o zuchwałości. W efekcie obywatel dostał zestaw cytatów, które można przestawiać jak klocki – i zawsze złoży się z tego coś, co brzmi poważnie.
FINAŁ BEZ KURTYNY
Środa pokazała dwa światy.
W jednym algorytm wyłącza człowieka jednym kliknięciem, w imię standardów. W drugim sześć godzin debaty kończy się stwierdzeniem, że „nie wszystko wybrzmiało”.
Jedni udają, że nie słyszą premiera. Drudzy udają, że brak formalnej pieczątki oznacza brak stanowiska.
A państwo? Państwo powinno działać jak precyzyjny mechanizm. Tymczasem przypomina zegar z kukułką, który co godzinę wyskakuje i ogłasza, że jeszcze nie czas.
Można mnie zbanować. Można ogłosić, że odpowiedzi nie wybrzmiały. Można mówić o „europocentryzmie” jak o herezji.
Ale rzeczywistości nie da się zagłuszyć konferencją prasową.
I to jest ten moment, w którym kończy się operetka. Zostaje rachunek. I on zawsze wybrzmiewa.

Dodaj komentarz