
Poranek jest zimny, ostry jak ukraiński luty, ten sam, który od czterech lat przypomina Europie, że wojna nie zaczęła się 24 lutego 2022 roku. Nie, ona zaczęła się dużo wcześniej – w 2014 roku, kiedy Putin wślizgnął się na Krym jak złodziej do piwnicy sąsiada i ogłosił, że przyszedł tylko po ogórki. A potem przejął całą posesję.
I tak stoimy dziś – w czwartej rocznicy pełnoskalowej inwazji – patrząc na kontynent, który wciąż próbuje zrozumieć, jak to możliwe, że w XXI wieku czołgi znów ryją europejską ziemię, a cywile śpią w metrze, bo tak wygląda ich jedyna pewność bezpieczeństwa.
UKRAINA WCHODZI W PIĄTY ROK WALKI – ZE ZMĘCZENIEM, DUMĄ I UPARTEJ NADZIEI
Zmęczenie, niepokój, determinacja – taki koktajl emocjonalny miesza się dziś na Ukrainie. Rok był brutalny. Rosyjskie ataki na infrastrukturę energetyczną zamieniły kraj w ciemny, lodowaty krajobraz, w którym ludzie grzali się nie przy kaloryferach, lecz przy własnej wściekłości.
Na froncie – ruch jak w kleiku. Rosjanie posuwają się 15–70 metrów dziennie. To mniej niż ślimak po tygodniu terapii manualnej. Cena? 450 tysięcy zabitych i rannych w ciągu roku. Każdy kilometr ukraińskiej ziemi okupiony życiem kilkudziesięciu żołnierzy. Matematyka Putina jest okrutna, ale też absurdalnie nieefektywna.
W Donbasie trwa walka o ruiny, o resztki miast, o wioski, w których nie ma już nic oprócz wspomnień. A mimo to Ukraina trwa. Jakby jej fundamentem była sama wola przetrwania.
ZEŁENSKI W KRYZYSIE, A UKRAIŃSKA POLITYKA W WIRÓWCE
Ostatni rok przyniósł Ukrainie nie tylko mrozy, ale i polityczne trzęsienie ziemi. Skandal korupcyjny, który wstrząsnął obozem Zełenskiego, pochłonął ludzi uznawanych za nietykalnych. Jermak, drugi po Bogu, spadł z piedestału szybciej niż rosyjski dron po utracie Starlinka.
Protesty, śledztwa, ucieczki za granicę – przez moment Ukraina wyglądała jak demokracja na sterydach.
I wtedy Zełenski zrobił coś, co robią tylko liderzy z instynktem przetrwania: sięgnął po Kyryłę Budanowa, człowieka, którego bałby się nawet cień. Szefa wywiadu wojskowego, ikonę wojny, potencjalnego konkurenta w wyborach.
„Przyjaciół trzymaj blisko, wrogów jeszcze bliżej” – szepcą nad Dnieprem. I Budanow wszedł do gabinetu, jakby od lat tam urzędował.
Negocjacje pokojowe? Tak, ale po wojskowemu. Decyzje szybciej, cele jaśniej, błędy więcej kosztują. Budanow nie przyszedł tam dla kwiatów – przyszedł dla wpływu. I być może dla przyszłej prezydentury.
DRONY – NOWY JĘZYK WOJNY
Kiedyś wojny wygrywała piechota, artyleria, czołgi. Dziś wygrywa je… dron, który potrafi przelecieć kilka kilometrów i zniszczyć czołg wart miliony.
Rosjanie mieli przewagę. Mieli Rubikon, swoje elitarne jednostki, które siały postrach na niebie. Aż do momentu, gdy Ukrainie udało się zablokować im Starlinka. Wtedy rosyjskie drony zaczęły spadać jak liście z chorego drzewa.
Sześć do ośmiu tysięcy dronów dziennie – tyle zużywa front. To nie jest wojna pozycyjna. To wojna cyfrowa, powietrzna, algorytmiczna.
A Fedorow, nowy minister obrony, w tym chaosie widzi szansę. Cyfryzacja armii, automatyzacja frontu, dronowe roje. Ukraina chce wygrać nie liczbami, tylko jakością.
ROSJA – IMPERIUM GNIAZDUJE WŁASNĄ KLĘSKĘ
Rosja wygląda dziś jak kraj, który nie zdał egzaminu z własnej mitologii. Wielka, potężna, a jednak sięga do kieszeni zwykłych ludzi, bo jej budżet przestał oddychać.
Podwyżka VAT, wzrost opłat, likwidacja ulg – Kreml pierwszy raz tak otwarcie pokazuje, że wojna kosztuje. I to kosztuje każdego.
Putin zapowiada podbój Donbasu, Noworosji, południa Ukrainy. Ale fakty są nieubłagane:
- armia pełznie,
- budżet pęka,
- sankcje gryzą,
- ataki Ukrainy niszczą rafinerie,
- a z szarej floty tankowców zaczyna wyciekać ropa.
Rosja traci ludzi szybciej, niż jest w stanie ich zastąpić. Kreml liczy na cud, a dostaje… rachunek.
TRUMP WISI NAD WSZYSTKIM JAK TOKSYCZNY SMOG NAD KIJOWEM
Trump wrócił do Białego Domu, ale nie wrócił zdrowy rozsądek. Jego polityka przypomina karuzelę grozy, którą uruchomiono bez instrukcji. Jednego dnia straszy Iran, drugiego – Europę, trzeciego – Kanadę, której grozi stuprocentowymi cłami, bo Mark Carney śmiał mieć własne zdanie. To nie jest przywództwo – to jest narcyzm na sterydach.
Trump obraża Carneya jak rozkapryszone dziecko, które potłukło swoją zabawkę i teraz próbuje zwalić winę na sąsiada. Raz chwali Putina, raz mówi, że go ledwo zna – jakby był to jakiś wstydliwy znajomy spotkany przy półce z kiszoną kapustą. Ta jego mityczna „nieprzewidywalność” to nie cecha wielkiego stratega, lecz mieszanka niekompetencji i prymitywnej potrzeby dominacji.
Najbardziej niepokojące jest jedno: dla Trumpa Ukraina nie jest celem – jest przeszkodą. Przeszkodą w budowie jego własnego ego‑imperium, w którym liczą się tylko jego gesty, jego sympatie, jego zachcianki.
Nic dziwnego, że rosyjscy propagandyści zacierają ręce. W Moskwie mówią o nim wprost: „nasz człowiek w Waszyngtonie”. Liczą na to, że pewnego dnia Trump wstanie lewą nogą, wywróci stolik i powie Europie: oddajcie Putinowi, co Putin uważa za swoje. Ukraina? Drobny szczegół. Granice? Rzecz umowna.
To nie jest polityka – to jest globalne ryzyko kredytowe w ludzkiej formie.
EUROPA – ZDZIWIONA, ALE NIE ŚPI – ZDZIWIONA, ALE NIE ŚPI
W Unii narasta świadomość, że bezpieczeństwo nie będzie już nigdy takie jak przed 2014 rokiem. SAFE, wspólne zakupy uzbrojenia, nowa architektura obronna – to nie są projekty polityczne. To są projekty przetrwania.
I oczywiście polska prawica ich nienawidzi, bo nienawidzi wszystkiego, co jest europejskie, nowoczesne i racjonalne. Woleliby zostawić nas samych, z Bosakiem na koniu i Braunem z gaśnicą, broniących Warszawy przed własną wyobraźnią.
CZTERY LATA I WCIĄŻ TO SAMO PYTANIE: KTO KOGO PRZETRZYMA?
Ukraina nie upadła. Rosja nie wygrała. Zachód się nie rozpadł. A wojna trwa.
To jest test wytrzymałości. Test wiary. Test, który świat oblewał już kilka razy w historii, ale zawsze wracał po rozum do głowy.
Ukraińcy chcą walczyć dalej – 61% mówi jasno: nie poddamy się. Wiedzą, że każdy „pokój” Putina jest tylko pauzą przed kolejną agresją. Wiedzą, że jeśli Donbas oddać dziś, jutro zażąda Charkowa, potem Odessy, potem… reszty.
I wiedzą jedno: Rosja rozumie tylko opór.
A WIĘC?
W czwartą rocznicę wojny patrzymy na mapę, która nadal krwawi. Ale widzimy też ludzi, którzy nie składają broni, choć świat czasem próbuje im ją wyjąć z rąk.
Europa się budzi. Kanada patrzy. USA się miotają. A Ukraina stoi.
I dopóki stoi – świat ma obowiązek stać z nią.
Bo inaczej historia z 2014 roku wróci szybciej, niż zdążymy powiedzieć „nigdy więcej”.

Dodaj komentarz