



Można sobie wyobrazić wiele scen na Jasnej Górze – pielgrzymów w zadumie, dźwięk dzwonów, zapach kadzidła i może nawet wzruszoną staruszkę z różańcem w dłoni. Ale Karol Nawrocki, świeżo wypolerowany prezydent RP, wybrał wersję alternatywną: wyjście z szalikowcami na pielgrzymkę, jakby właśnie kończył ustawę o wspieraniu lokalnych grup rekonstrukcyjnych mafii stadionowej.
„Czołem kibice!” – rzucił z uśmiechem, który sugerował, że oto jesteśmy świadkami spotkania bohaterów narodowych. A potem – jak gdyby nigdy nic – serdeczny uścisk dłoni z Tomaszem P., ps. „Dragon”, wielokrotnie skazanym za kierowanie gangiem, pobicia, propagowanie nazizmu i generalnie wszystko, co sprawia, że nie zapraszasz go na chrzciny siostrzeńca. Tak, to się wydarzyło. Na Jasnej Górze. W blasku fleszy. Pod czujnym okiem Matki Boskiej Częstochowskiej, która – miejmy nadzieję – w tym momencie przymknęła oczy.
„Dragon”, który powinien aktualnie ćwiczyć na ławie oskarżonych, nie pielgrzymkowy savoir-vivre, dostał publiczny uścisk od głowy państwa. I to nie tak, że przypadkiem, przez tłum, że się nie poznał, że światło się źle odbiło. Nie. Uścisk, rozmowa, wzajemne rozpoznanie. „Jagiellonia” – powiedział Nawrocki tonem, jakby właśnie powitał zasłużonego harcerza.
To tak, jakby Macron z uśmiechem podał rękę lokalnemu dealerowi, a Biden zrobił selfie z przywódcą Ku Klux Klanu, bo przecież „to też obywatele”.
PREZYDENT Z USTAWKI
Zresztą – w sumie – czemu się dziwić? Przecież Karol Nawrocki sam ma w CV kilka rundek na stadionowych przedmieściach. W 2009 roku brał udział w ustawce z kibolami Lecha Poznań. Taka to była młodzieńcza pasja – niektórzy grali w szachy, inni okładali się pięściami po mordach w lasach pod Bydgoszczą. I chociaż wielu uczestników tych bijatyk ma dziś bogate kartoteki, jeden z nich został prezydentem.
Czy to nowa ścieżka kariery? Ustawka – policyjne akta – kapelan z Lechii – prezydentura? Jeśli tak, to życzę powodzenia wszystkim łysym chłopakom z bicepsami jak donice balkonowe. Polska stoi przed wami otworem, zwłaszcza jeśli ten otwór prowadzi do kancelarii prezydenckiej.
BÓG, HONOR, OCHRONIARZ LEWANDOWSKIEGO Z GANGU NEONAZISTÓW
Ważne jest też, z kim „Dragon” się zna. Na przykład z Dominikiem G., ps. „Grucha”, który to z kolei – uroczy przypadek – został ochroniarzem Roberta Lewandowskiego. A zatrudnił go prezes PZPN, Cezary Kulesza. Pięknie się wszystko zazębia. Kościół, stadion, gang, reprezentacja narodowa. Polska jak malowana.
A teraz wracamy do Jasnej Góry. W tłumie szalikowców – których odmienność klubowa zwykle dzieli, ale teraz łączy wspólna modlitwa i wspólna pogarda do „ideologicznych mód” – Nawrocki przemawia: „Stadiony nie uległy propagandzie”.
Trudno nie zgodzić się z tą obserwacją. Na stadionach wciąż królują symbole III Rzeszy, homofobia, rasizm i kult siły. I oto prezydent RP mówi: „Tak, to są moi ludzie. To dzięki wam wygrałem wybory.”
Nie dość, że nie odcina się od najciemniejszych środowisk, to jeszcze robi z nich fundament demokracji. Chciałoby się rzec: demokracja na sterydach. I z kastetem w kieszeni.
UŚCISK, KTÓRY TRWA WIECZNIE (W INTERNECIE)
Obrona ze strony Kancelarii Prezydenta? Oczywiście. Cytując rzecznika: „To było kurtuazyjne spotkanie w tłumie”. Cóż, jakby powiedział Szekspir: „Co za kurtuazja, taki naród”.
Problem polega na tym, że „kurtuazja” nie wyjaśnia, dlaczego prezydent zna „Dragona” po imieniu, rozpoznaje jego barwy klubowe, zachowuje się jakby spotkał starego druha z czasów świetności bandyckiej młodości. Tu nie ma pomyłki. Tu jest wybór.
Wybór wartości.
I ten wybór – niestety – mówi więcej o nowej Polsce niż cały program wyborczy. Bo owszem, możemy się spierać o podatki, wiek emerytalny, ochronę zdrowia. Ale jeśli głowa państwa świadomie klepie po plecach człowieka oskarżanego o nazistowską propagandę i kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą, to nie jesteśmy już w polityce. Jesteśmy w jakimś ponurym teatrze absurdu.
PODSUMOWANIE: PRZYNAJMNIEJ NIE NUDA
Z jednej strony – śmiech. Bo to wszystko brzmi jak parodia. Ale z drugiej – zimny dreszcz. Bo państwo, które nie odcina się od radykalnych środowisk, tylko je głaszcze i promuje, to państwo, które bawi się zapałkami w stodole pełnej siana.
Nawrocki chciał pokazać się jako człowiek z ludu. No cóż – udało się. Z tym, że „lud” w tej wersji nosi kominiarkę, ma wyrok sześciu lat odsiadki (nieprawomocny) i numer „88” w kontaktach na telefonie.
To już nie polityka. To reality show, którego finał może być znacznie mniej zabawny niż początek. A my? Cóż, widownia siedzi, popcorn w dłoniach, a scena płonie.
I nie wiadomo już, czy śmiać się, czy płakać.
Ciąg dalszy nastąpi. A raczej: wybuchnie.

Dodaj komentarz