CZERWONY DYWAN, ZŁOTE UŚMIECHY I BESTIA NA SMYCZY

Warszawa

Ach, cóż to był za piątek. Alaska – kraina niedźwiedzi, ropy i ludzi, którzy naprawdę potrafią łowić łososie – stała się areną najbardziej żenującego przedstawienia politycznego od czasu, gdy Chamberlain wracał z Monachium z kartką w ręku. W roli głównej: Donald Trump, człowiek, który myśli, że geopolitykę można załatwić jak promocję w hotelu, i Władimir Putin – facet, który już dawno wysadził w powietrze moralność, a teraz tylko patrzy, gdzie postawić flagę.

Powitanie? Czerwony dywan – bo nic tak nie pasuje do dyktatora jak kolor krwi i luksus połączony z pogardą. Trump promieniał jak świeżo pomalowany kasynowy neon, Putin uśmiechał się jak człowiek, który wie, że i tak wygrał – bo Ameryka zaprosiła go, posadziła w swojej limuzynie i jeszcze pozwoliła klepnąć prezydenta USA po ręce. Nie wiemy, kto trzymał kierownicę „Bestii”, ale smycz była w rękach Władimira.

Za zamkniętymi drzwiami – „format trzy na trzy”. Po stronie rosyjskiej: Ławrow i Uszakow – duet tak wytrenowany w kłamstwie, że mogliby otworzyć szkołę iluzji. Po stronie amerykańskiej: Rubio – rzekomy jastrząb, który w tej scenerii wyglądał jak kanarek w złotej klatce – i Steve Witkoff, przyjaciel Donalda, bo w wielkiej dyplomacji zawsze warto mieć kumpla od nieruchomości, który w razie czego zrobi szybki „deal” na nieruchomościach w Odessie.

Na zewnątrz – tłumy z ukraińskimi flagami. W środku – tłumacze, kurtuazyjne uśmiechy i hasło „Dążąc do pokoju”, które brzmiało jak reklama pasty do zębów, a nie rozmowy o wojnie. Putin na pytania o cywilów reagował uniesieniem brwi, jakby ktoś pytał go o pogodę w Soczi. Trump groził „bardzo poważnymi konsekwencjami gospodarczymi”, co w jego tłumaczeniu oznacza: „Nie będziemy kupować od was wódki przez dwa tygodnie”.

Symbolika dnia – 15 sierpnia, rocznica Bitwy Warszawskiej. W Polsce – parada, żołnierze, GROM i przypomnienie, że bolszewika można pokonać. Na Alasce – przytulny duet, który w innej epoce mógłby zagrać w reklamie luksusowych zegarków. Karol Nawrocki podobno uświadomił Trumpa, że Rosjanie są do pokonania. Pewnie przetłumaczono to Donkowi jako: „Władimir jest twoim dobrym kumplem, ale czasem trzeba mu powiedzieć, żeby trochę zwolnił”.

A efekt? Na razie żadnego. Może będzie „historyczne porozumienie”, może „druga runda rozmów”, a może tylko wspólne selfie do albumu „Najlepsze chwile Donalda i Władimira”. Jedno jest pewne: Rosyjska propaganda już otwiera szampana, a amerykańska demokracja powinna w tym czasie szukać dobrego psychiatry.

Bo kiedy przywódca największej demokracji świata wozi w swojej limuzynie człowieka, który bombarduje rynki, porywa dzieci i wymazuje państwa z mapy, to nie jest dyplomacja. To jest zaproszenie na bankiet, na którym gość specjalny już wcześniej zatruł jedzenie.

A my? My patrzymy, czekamy i mamy to paskudne uczucie, że w tej farsie rola ofiary została już obsadzona. I, niestety, nie obsadził jej ani Trump, ani Putin.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights