


Włodzimierz Czarzasty, mimo rechotu, spazmów i lamentów z prawej strony sali, został dzisiaj Marszałkiem Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej. Tak, drodzy Czytelnicy. Pomimo skandowań „precz z komuną!”, teatralnych wyjść i napadów ideologicznej histerii, historia dokonała zwrotu. Czarzasty wjechał na fotel marszałkowski jak czerwony walec przez kartonowy parawan z napisem „moralna wyższość prawicy”. I nawet nie musiał przy tym podnosić głosu.
PiS, jak zawsze, nie zawodzi. Opuszczanie sali plenarnej w geście oburzenia? Takie rzeczy to tylko oni potrafią. Nie zrobili nic, by powstrzymać wybór marszałka, ale bardzo się postarali, żeby przez chwilę poczuć się jak statyści we własnym kabarecie. Zamiast polityki – infantylna ucieczka. Zamiast argumentów – grymasy. Kaczyński w milczeniu odgrywa rolę upadłego arcykapłana, który na widok pluralizmu demokratycznego dostaje wysypki. Wychodzą z sali, bo nie potrafią zostać i rozmawiać.
A Grzegorz Braun i jego koło w Sejmie? Ten egzorcyzm politycznej normalności? On już dawno wyszedł, nie tylko z sali, ale i z rzeczywistości. Opozycja w ich wydaniu to objazdowy cyrk, w którym tresowane teorie spiskowe podskakują na linie zrobionej z kabla do mikrofonu Radia Maryja. Mentzen? Młodszy brat chaosu. Próbuje grać w politykę, ale gubi pionki, instrukcję i zjada kostkę.
Karol Nawrocki, nasz kartonowy prezydent, podgryza jak moża – niby cicho, ale łojej, jak zęby zgrzytają. Grozi wetem, straszy referendami, jakby naród z niecierpliwością czekał na kolejne pytanie o KRS między paczką chipsów a meczem reprezentacji. Cień prezydenta, który chciałby być cieńszy od swojego patrona, ale nawet nie potrafi robić tego z klasą.
Tymczasem Donald Tusk siedzi przy stole, gra w szachy, przesuwa figury i nie patrzy na krzykaczy. Bo wie, że kto krzyczy, ten nie słyszy. I nie myśli. I nie wygrywa. Rząd robi swoje: likwiduje miny na torach, łata kolejowe dziury po sabotażach (fizycznych i politycznych), naprawia to, co przez osiem lat PiS skopał z zaangażowaniem godnym domorosłych pirotechników.
Czarzasty – Marszałek. Gawkowski – wicepremier. Hołownia – klasa, kultura, przekazanie funkcji. Koalicja rządząca trzyma formację. Jak tancerze w balecie politycznym, w którym prawica próbuje na siłę grać metal.
PiS krzyczy, że to koniec. Ale prawda jest bardziej bolesna. To nie koniec Polski. To koniec PiS-u jako siły sterującej. I bardzo możliwe, że koniec Kaczyńskiego jako szamana. Choć on, oczywiście, będzie jeszcze przez jakiś czas recytować proroctwa z notesiku pisanego w 2007.
Zamknąć drzwi. Posprzątać salę. Marszałek już siedzi.
Został wybrany. Pomimo wrzasków, pomimo histerii, pomimo politycznych wygibasów ludzi, którym demokracja przeszkadza, gdy nie działa po ich myśli.
Czarzasty nie musi być Bogiem. Wystarczy, że jest Marszałkiem.
I to ich najbardziej boli.


Dodaj komentarz