CZARNY BLOK I BIAŁA FLAGA: CZYLI JAK NARODOWE ZIDIOCENIE MASZERUJE W PARZE Z POLITYKĄ

Warszawa

CZARNY BLOK I BIAŁA FLAGA: CZYLI JAK NARODOWE ZIDIOCENIE MASZERUJE W PARZE Z POLITYKĄ

Wtorek rano. Kawa paruje w kubku z napisem „Jestem normalny, głosuję na rozsądek”, a ty, drogi Czytelniku, próbujesz jeszcze wierzyć, że ten kraj trzyma się jakiejś logiki. Niestety, jedyne, co trzyma się mocno, to autonomiczni nacjonaliści — za rękę z Karolem Nawrockim, który z dumą maszeruje u ich boku jakby właśnie wygrywał wybory w jakimś alternatywnym 1939 roku.

Ale po kolei. Co wydarzyło się 11 listopada? Ano święto narodowe. Większość ludzi wywiesiła flagę, zjadła rogala i może nawet pomyślała ciepło o dziadku, który gdzieś w okopach II wojny światowej walczył z prawdziwym faszyzmem. A potem wyszli na ulicę i zobaczyli dokładnie to, przeciwko czemu ten dziadek walczył — brunatny blok, biała supremacja, celtyckie krzyże, hasła o białej Europie albo żadnej i przywleczonych zza granicy gości specjalnych: rasistów, faszystów i obłąkanych chuliganów z klubów MMA.

Nie niepokojeni przez nikogo, ci panowie w czarnych kurtkach, z zakazanymi symbolami na flagach i „patriotycznymi” banerami w stylu: „White Pride World Wide”, „Biała Europa, albo żadna”, przemaszerowali przez stolicę Polski z miną, jakby odbierali Oscara za najlepsze kostiumy z epoki Josefa Goebbelsa. A potem udali się na wspólny trening mieszanych sztuk walki — bo jak wiadomo, nic tak nie cementuje rasistowskiej wspólnoty jak wspólne okładanie się po szczękach w hali sportowej wynajętej za czyjeś podatki.

I gdzie w tym wszystkim był Prezydent RP, czyli nasz ukochany Karol Nadęty Młotek Nawrocki? Ano… w pierwszym rzędzie. Stał dumny jak świeżo wylakierowany posąg z ciasta chlebowego, ogłaszając, że zawsze świętował Niepodległość właśnie tak. Czyli z ludźmi, którzy uważają, że Adolf miał parę niezłych pomysłów, tylko trochę przesadził z logistyką.

A zanim przejdziemy do rodzimych gwiazd prostackiego firmamentu — przypomnijmy jeszcze, kto dokładnie szedł w tym brunatnym korowodzie. Otóż jedną z największych „atrakcji” tegorocznego Marszu był Tommy Robinson, czyli Stephen Yaxley-Lennon — brytyjski chuligan, zawodowy rasista i samozwańczy obrońca cywilizacji zachodniej, który większość wiedzy czerpie prawdopodobnie z memów i własnych wyroków sądowych. Robinson nie przyleciał sam. Zaprosił go polski europoseł Dominik Tarczyński, który najwyraźniej uznał, że nic tak nie podnosi prestiżu narodowego święta, jak sprowadzenie faszystowskiego celebryty z Wysp. Panowie fotografowali się razem, jedli razem, maszerowali razem — jak dwaj kuzyni z rodzinnego zlotu nienawiści. Robinson, choć grał rolę „dziennikarza”, zachowywał się jak bohater kryminalnych kronik, a polska delegacja prawicowa przyjęła go z honorami, jakby był ambasadorem dobrej zmiany.

Nieco dalej, niczym wiecznie spóźniony ksiądz na dożynkach, snuł się Krzysztof Bosak, który prawdopodobnie nie wie, czy bardziej pragnie Polski przedrozbiorowej, czy przedlogicznej. Obok Mentzen, cichy adorator tabliczki mnożenia i piwa kraftowego, który ma tyle charyzmy co paragraf. Ich marsz, choć pełen nienawiści, wyglądał jak parada ludzi, którzy pomylili „wolność słowa” z „wolnością do bycia idiotą w przestrzeni publicznej”.

A Kaczyński? Ach, nasz genialny doktor Frankenstein! On to wszystko stworzył. Gdzieś tam siedzi w willi na Żoliborzu i sprawdza, czy stwór działa. Spoiler: działa. Chociaż nie mówi ludzkim głosem, a raczej wrzeszczy: „NIE DLA EUROPEJSKIEJ DEKADENCJI!” i „TAK DLA RASY!” — co w ustach ludzi z IQ podgrzanego pasztetu jest szczególnie wzruszające.

Grzegorz Braun, człowiek z brodą, a z mózgiem na zewnątrz (niestety nie w sensie metaforycznym), też nie zawiódł. On już dawno zamienił logikę na inscenizowaną szarżę husarską. Mój typ: jako pierwszy zaproponuje, by flagę Unii Europejskiej zamienić na flagę z Janosikiem, a meczet na dmuchany zamek.

A potem ten cały neofaszystowski „czarny blok” udał się na wspólny trening MMA. Kiedyś chłopcy po marszu szli na piwo. Dziś idą okładać się pięściami, bo patriotyzm im się przelewa. Przysięgam, jesteśmy o jeden trening od sceny, w której Braun rozbiera się do pasa i rzuca wyzwanie „lewactwu” na gołe klaty w stylu Fight Clubu dla debili.

Tymczasem w pałacu prezydenckim — Karol Nawrocki, ten nadwiślański Trump po liftingu w mediach prawicowo-kościelnych, wywiesza patriotyczną oprawę z meczu na fasadzie pałacu, niczym kibol, któremu nie pozwolili wnieść flagi na stadion. Brakuje jeszcze tylko, żeby Karol zaczął rzucać z okna race. I trudno się z tym nie zgodzić. Nawrocki nie jest prezydentem. On jest zjawiskiem pogodowym. Burzą z memów.

Gdzieś w tle tego wesołego kabaretu, w prawdziwym życiu odbywają się akty dywersji na torach kolejowych. Ładunki wybuchowe, uszkodzone sieci trakcyjne, cud, że pociąg nie wyleciał z szyn. I co robi ten podstarzały bokser? Otóż „zbiera informacje”. Czyli znowu nie robi nic, ale patrzy bardzo poważnie. Jego doradca apeluje o literalne przestrzeganie ustaw — oczywiście tych, które akurat są wygodne dla prezydenta w jego dramatycznej walce z rzeczywistością.

A co z finansami państwa? Ano, tu również poziom groteski przekroczył rubikon. Budżet w rekordowym deficycie, PIT nie wpłacił do centrali ani złotówki, ale za to samorządy mogą sobie pozwolić na lampki LED w kształcie Jezusa. Reforma? Oczywiście. Ale tylko taka, która pozwala stwierdzić, że państwo nie ma pieniędzy, bo obywatele ich nie oddają. Ot, logika pokroju Mentzena: im mniej systemu, tym więcej chaosu.

Dodajmy do tego tajemnicze prezenty od Rafała Brzoski i jego żony, który przywiózł paczki do pałacu prezydenckiego, jakby to była Wigilia dla kasty. I nagle Kancelaria Prezydenta nic nie wie, nic nie widziała, a rejestr korzyści to przecież temat dla biedaków, nie dla cesarzy. Nawrocki jako jedyny polityk wysokiego szczebla nie prowadzi rejestru prezentów. Widocznie uznał, że jego funkcja to nie urząd, tylko prorokowanie.

Na koniec warto dodać: przy aprobacie Nawrockiego, PiS i Konfederacja szykują się na 2027 rok jak na finał igrzysk idiotyzmu. Polityczna scena to dzisiaj teatr kukiełkowy, w którym jedni krzyczą, drudzy rzucają konfetti w kształcie granatów, a reszta stuka w kalkulatory z nadzieją, że to się samo policzy.

Czy to jest jeszcze Polska, czy już tylko lunapark dla brunatnych klaunów?

Smacznej jajecznicy. Uważaj, bo może być podsłuchiwana.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights