

W trzecim akcie tej narodowej tragifarsy scenę przejmuje… klaun. Klaun z ambicjami Wysokiego Komisarza ONZ i manierą prezentera śniadaniowego. Oto Szymon Hołownia – człowiek, który nie tyle odszedł z polityki, co zostawił ją włączoną i wyszedł z pokoju. A teraz wraca. Bo przecież ktoś musi sprzątnąć tę żenującą kupę konfetti po wyborach w jego własnej partii.
Polska 2050, czyli ugrupowanie stworzone z marzeń o trzeciej drodze, wjechała właśnie na rondo absurdu i krąży po nim od tygodni. Głosowanie? Było. Wynik? Nieznany. Druga tura? Odwołana. Awaria systemu? Oczywiście. ABW i prokuratura? Jasne. Bo przecież nikt nie robi przewrotów partyjnych z takim rozmachem jak ci, którzy sami siebie nazywają „nową jakością”.
W piątek Rada Krajowa partii debatowała online przez całą noc, jakby od ich decyzji zależała przyszłość ludzkości. Tymczasem chodziło tylko o to, czy powtórzyć wybory całkowicie, czy tylko w drugiej turze. Godzina 23:00 – dalej nic. Można było odnieść wrażenie, że nawet w Kółku Gospodyń Wiejskich wybierają zarząd szybciej.
I wtedy pojawia się on. Szymon. Apostoł bezruchu. Mesjasz niepewności. Ogłasza, że jednak chce wrócić. Że może znowu zostać przewodniczącym, ale tylko jeśli wszyscy się zgodzą i będą go kochać tak, jak dawniej. W przeciwnym razie się obrazi. Część posłów nazywa to, dość trafnie, „szantażem emocjonalnym”. A reszta? Reszta siedzi cicho, bo nikt nie wie, czy w ogóle jeszcze są członkami partii.
Polska 2050 w ostatnim sondażu ma 4,3% poparcia. Czyli mniej niż margines błędu. To nie partia – to polityczne widmo, które może nie przekroczyć progu. A jeśli to się stanie, rozleci się nie tylko ich formacja. To będzie iskra zapalna dla całej koalicji rządowej. Bo w odróżnieniu od PSL-u, który nauczył się żyć z ciągłą zdradą, Polska 2050 nie ma pojęcia, czym jest polityczna lojalność.
Przyszłość? Mglista jak komunikaty Rady Krajowej. Hołownia chciał być komisarzem ONZ, ale został animatorem imprezy na rozdrożu. Kiedyś z ambicją sięgał nieba, dziś próbuje odnaleźć się w partii, którą sam stworzył i która nie może ustalić, kto ma jej przewodzić. Kiedyś mówił o budowaniu mostów, dziś buduje portal logowania do głosowania. I ten portal nie działa.
To wszystko nie byłoby jeszcze takie straszne, gdyby nie fakt, że Tusk, patrząc na to wszystko, wie jedno: jeśli centrum się rozpadnie, on zostaje sam na scenie. Sam ze swoim programem, sam z oporem Nawrockiego i jego zawistną świtą. Sam wobec zmasowanego ataku prawicy i katastrofalnych nastrojów społecznych.
A Koalicja? Trzyma się na ślinę i taśmę izolacyjną. PSL już robi krok w bok, ale jeszcze nie wie, czy to taniec, czy ucieczka. Lewica obserwuje, gotowa do własnych fikołków. A w tym czasie Hołownia – zamiast być partnerem do rządzenia – staje się problemem, balastem, i – o ironio – czynnikiem destabilizacji. Gdyby to był plan Kaczyńskiego, byłby genialny.
I na koniec, żeby było jeszcze weselej: Nawrocki jedzie do Davos. Będzie tam spotykał się z Trumpem. Trumpem, który ostatnio chce kupić Grenlandię i znowu zagroził NATO. Serio. Czego chcieć więcej w tej operetce? Może jeszcze wiceprezes Ziobro na Skype’ie z Budapesztu, recytujący konstytucję?
A jednak – w tym wszystkim – najbardziej żałosna jest ta niekończąca się cisza z Polski 2050. Bo partia, która miała być nadzieją, znika bez echa. Nie wybucha. Nie spada. Po prostu gaśnie. Jak świeczka na torcie, którego nikt już nie chce jeść.
(cdn. Bo przecież spektakl trwa, a kurtyna nadal nie opadła.)

Dodaj komentarz