
Nawrocki zawetował ustawę wdrażającą DSA, bo – uwaga – uznał ją za zamach na wolność słowa. Tak, dobrze czytasz. Prezydent RP porównał unijną próbę wprowadzenia procedur i kontroli nad Big Techem do totalitaryzmu. Orwell, cytowany przez prawicę tak często, że biedny George przewraca się w grobie z prędkością wirnika w pralce, znowu posłużył jako mem. Tyle że tym razem użyto go jako argumentu przeciwko temu, by Polacy mogli wiedzieć, dlaczego usunięto im konto.
Nawrocki – ten sam, który wita się na Jasnej Górze z oskarżonym o promowanie nazizmu – uznał, że większym zagrożeniem jest to, że Urząd Komunikacji Elektronicznej dostanie możliwość przyjęcia skargi na Facebooka.
„DRAGON” MOŻE, UKE NIE
Bo przecież jeśli można klepać po plecach Dragona, to dlaczego nie dać kuksańca unijnym wartościom? Przepisy DSA miały wprowadzić proste zasady: masz miliardy z reklam? Musisz się liczyć z odpowiedzialnością. W Niemczech, Francji, Holandii – to działa. Użytkownik nie jest bezbronny. Ma ścieżkę odwoławczą. W Polsce? Może sobie napisać maila na support@zignorujplik.pl, albo szukać sprawiedliwości w jakimś Dublinie.
Prezydent za to mówi: „wolność słowa”. I podpisuje się pod logiką Donalda Trumpa, który DSA uważa za europejski zamach na jego prawo do pisania, że wybory sfałszowała pizza z dziećmi w piwnicy.
CYFROWY DZIKI ZACHÓD Z POLSKĄ W ROLI STATYSTY
Weto Nawrockiego nie tylko zatrzymuje reformę. Ono cofa nas do czasów, gdy jedynym regulatorem internetu był mem, fake news i bot z farmy trolli pod Petersburgiem. Gdy unijne państwa walczą z dezinformacją, Polska bierze prysznic z błota i mówi: „to aromaterapia”.
Dodajmy do tego fakt, że uzasadnienie weta do reformy edukacji zawierało krytykę przepisów, których… nie było. Albo już obowiązywały. Jakby Kancelaria Prezydenta czytała ustawy tak, jak przeciętny Polak czyta regulamin Netflixa – czyli wcale.
I to wszystko dzieje się tu i teraz, w kraju, który ma ambicje być liderem regionu, ale aktualnie przypomina cyfrowy skansen, w którym rządzi konserwator zabytków absurdu.

A NAWET JESZCZE LEPIEJ – ZAPROŚMY TRUMPA
Na deser – zapowiedź, że Karol Nawrocki zaprosi do Polski Donalda Trumpa. Bo najwyraźniej kontakt z człowiekiem, który próbował obalić wyniki wyborów we własnym kraju, to świetna okazja do wymiany poglądów o wolności słowa.
Zresztą Trump ma świetne wspomnienia z Polski. Mówił kiedyś, że to „jedna z najlepszych grup ludzi, jakie poznał”. Prawdopodobnie zaraz po Proud Boys i CEO TikToka.
I tak oto zamykamy koło absurdu: z jednej strony państwo, które nie potrafi przyjąć prostej ustawy cyfrowej, z drugiej – prezydent ściskający się z kibolami, potem zapraszający amerykańskiego politycznego pirata na dywanik. Jakbyśmy oglądali remake „The Wire”, ale pisany przez Czarzastego i reżyserowany przez TV Republika.
Wolność słowa nie polega na tym, że właściciel serwisu może robić, co chce, a użytkownik ma się uśmiechać i płacić abonament. DSA daje narzędzia – Nawrocki odebrał nam młotek i śrubokręt, zostawiając tylko modlitwę i opcję: „Zgłoś problem, ale nikomu to nie przeszkadza”.
Internet nie jest już placem zabaw. To infrastruktura demokracji. Nawrocki tymczasem podciął światłowód, bo bał się, że ktoś go oskarży o cenzurę. Efekt? Cyfrowy Dziki Zachód. Z nami – obywatelami drugiej kategorii – w roli zagubionych osadników.
Ktoś zapyta: i co teraz?
Odpowiedź? Może ktoś się w końcu obudzi. Może ktoś przeczyta tę ustawę. A jeśli nie – cóż. Przynajmniej mamy Dragona. I Trumpa. I kurtuazyjne weta. Bo jak wiadomo – Polska lubi być na opak. Nawet jeśli za to płaci dostępem do prawdy, wolności i własnych danych.

Dodaj komentarz