
Czwartek kończy się jak każdy inny dzień w kraju, który żyje między stacją benzynową a stacją telewizyjną. Kawa stygnie szybciej niż złudzenia, a człowiek jeszcze przed śniadaniem sprawdza nie pogodę, tylko ceny paliwa — jakby od tego zależała długość życia, a nie tylko długość kolejki pod dystrybutorem.
Na ekranie premier. Poważny, skupiony, mówi językiem człowieka, który wie, że ropa płynie gdzieś daleko, ale emocje — tu, na miejscu. I mówi spokojnie: paliwa nie zabraknie. To zdanie brzmi jak zapewnienie lekarza, który mówi, że operacja się uda, choć pacjent nadal nie wie, ile zapłaci za pobyt.
Bo świat się pali. Dosłownie. Bliski Wschód znów przypomina czajnik bez gwizdka — syczy, bulgocze i nikt nie wie, kiedy wybuchnie. Cieśnina Ormuz zamknięta jak lodówka studenta pod koniec miesiąca. Ropa drożeje. Nerwy drożeją. Wszystko drożeje, oprócz poczucia bezpieczeństwa.
A w Polsce rząd robi to, co robi każdy rozsądny gospodarz, gdy zaczyna brakować opału — sięga po siekierę i rąbie podatki.
VAT z 23 do 8 procent. Akcyza przycięta jak trawnik przed wizytą teściowej. Cena maksymalna — państwo mówi: od dziś litr benzyny nie kosztuje tyle, ile chce rynek, tylko tyle, ile uzna minister. I nagle okazuje się, że niewidzialna ręka rynku została złapana za nadgarstek i usłyszała: spokojnie, dziś masz dzień wolny.
To jest moment, w którym ekonomiści zaczynają mówić półgłosem, a politycy pełnym zdaniem.
Bo państwo robi coś, czego teoretycznie robić nie powinno, ale praktycznie musi. Bo kiedy ceny rosną szybciej niż cierpliwość obywateli, nawet najtwardszy liberał zaczyna wyglądać jak człowiek, który zgubił instrukcję obsługi rzeczywistości.
I wtedy na scenę wchodzi Andrzej Domański — człowiek, który musi policzyć coś, czego policzyć się nie da: ile kosztuje święty spokój.
Mówi spokojnie: 900 milionów miesięcznie mniej z VAT, 700 milionów mniej z akcyzy. Czyli państwo co miesiąc oddaje obywatelom półtora miliarda złotych, żeby ci nie zaczęli oddawać państwa komuś innemu przy urnie.
To nie jest już polityka fiskalna. To jest polityka przeciwpanikowa.
I wtedy pojawia się pomysł podatku od nadmiarowych zysków. Czyli państwo mówi do koncernów: jeśli zarabiacie za dużo, to znaczy, że zarabiacie za bardzo. A jeśli zarabiacie za bardzo, to znaczy, że ktoś się tym zaraz zainteresuje — i to nie będzie wasz księgowy.
I nagle kurs Orlenu spada jak humor inwestora, który zrozumiał, że jego zysk właśnie został nazwany „społecznie problematycznym”.
Rynek reaguje natychmiast. Bo rynek nie ma poglądów, tylko refleks. I pamięta jedno: kiedy państwo zaczyna mówić o „nadmiarze”, to znaczy, że ktoś zaraz przyjdzie z miarką.
—
Po drugiej stronie sceny politycznej pojawia się znajomy chór: za późno, za wolno, za mało, za dużo — wszystko jednocześnie, jak zawsze.
Szefernaker mówi, że działania spóźnione. Że rolnicy już wydali pieniądze. Że rząd się obudził, kiedy było po wszystkim. To klasyczna opowieść o strażaku, który przyjechał za późno, choć ogień nadal się pali.
Prezydent „pilnie oczekuje na ustawę”. To zdanie brzmi jak SMS od kogoś, kto czeka na przelew, żeby móc powiedzieć, że go nie potrzebuje.
—
A tymczasem dzieje się rzecz znacznie ciekawsza.
Bo nagle okazuje się, że polityka paliwowa nie dotyczy paliwa. Dotyczy czasu. Dziewiętnaście miesięcy do wyborów. Tyle dokładnie wystarczy, żeby obniżka cen zamieniła się w narrację, narracja w emocję, a emocja w wynik.
Rząd wie, że paliwo to nie tylko benzyna. Paliwo to nastrój. Paliwo to to, co sprawia, że człowiek albo jedzie do pracy, albo jedzie po rząd. Dlatego pakiet nazywa się CPN — ceny paliwa niżej. Jakby ktoś chciał powiedzieć: wracamy do czasów, kiedy państwo decydowało o wszystkim, ale robimy to szybciej, sprawniej i z lepszym marketingiem.
—
Pod koniec dnia, kiedy emocje opadają, a ceny jeszcze nie zdążyły spaść, zostaje jedna myśl.
Państwo znów weszło w buty rynku. Na chwilę. Na kryzys. Na wybory. A potem znów je zdejmie i odda wszystko temu samemu rynkowi, który jest genialny, dopóki nie zaczyna być potrzebny naprawdę.
—
Bo prawda jest prosta. Nie walczymy dziś o litr benzyny. Walczymy o to, żeby ten litr nie kosztował więcej niż nasza cierpliwość.
A cierpliwość — w przeciwieństwie do ropy — nie ma ani rezerw strategicznych, ani planu awaryjnego.
W Polsce paliwo może i nie zniknie — ale zdrowy rozsądek znika pierwszy, gdy politycy zaczynają nim tankować swoje sondaże.

Dodaj komentarz