
Polska przypomina dziś człowieka biegnącego na pociąg z kanapką w ustach, teczką pod pachą i permanentnym poczuciem narodowej prowizorki. Wszystko się spóźnia. Pociągi, reformy, okręty wojenne, wyroki sądów, zdrowy rozsądek i moment, w którym politycy zaczną mówić ludzkim językiem zamiast reklamowym bełkotem dla sfrustrowanych wyborców.
Jeszcze przed wojną mówiło się przecież, że według polskich kolei można regulować zegarki. Dziś według kolei można co najwyżej regulować poziom frustracji i ciśnienie tętnicze. Najnowsze dane pokazują, że ponad jedna trzecia pociągów PKP Intercity przyjeżdża spóźniona. To zresztą piękne słowo — „spóźniona”. Ono brzmi elegancko, niemal romantycznie. Tymczasem polski pasażer zna prawdę. Wie, że „opóźnienie” oznacza człowieka siedzącego o drugiej w nocy na stacji w Kutnie i patrzącego na automat z kawą jak na ostatni symbol upadku cywilizacji zachodniej.
Kolej uznaje pociąg za punktualny, jeśli spóźni się mniej niż sześć minut. To trochę tak, jakby chirurg tłumaczył rodzinie pacjenta, że operacja była całkowicie udana poza drobnym szczegółem utraty lewej nogi.
Ale Polska od dawna żyje w rzeczywistości, w której wszystko definiuje się kreatywnie. Demokrację. Praworządność. Inflację. Punktualność. Jeszcze chwila i dowiemy się, że okręt wojenny zbudowany po trzydziestu latach jest „ekspresową modernizacją floty”.
A skoro już o flocie mowa, to polska marynarka wojenna jest dziś jednym z najpiękniejszych pomników narodowego marzycielstwa. Okręt „Ślązak”, wcześniej znany jako „Gawron”, budowano osiemnaście lat. Osiemnaście. W tym czasie człowiek może skończyć szkołę, studia, przeżyć trzy kryzysy egzystencjalne, rozwód i jeszcze zdążyć wyjechać do Norwegii zbierać łososie. Tymczasem polskie państwo z heroicznym wysiłkiem budowało jeden okręt patrolowy.
Ale teraz, proszę państwa, ma być inaczej. Polska zapowiada budowę nowych korwet, zbiornikowców i okrętów wsparcia logistycznego. Słuchając tych deklaracji, człowiek ma przed oczami późnego Gierka, który na akademii pierwszomajowej tłumaczy narodowi, że jesteśmy o krok od gospodarczej potęgi, tylko jeszcze trzeba chwilę poczekać na dostawę śrubek.
Politycy uwielbiają takie momenty. Uwielbiają stać na tle stoczni, dźwigów i wojskowych mundurów. Każdy premier wygląda wtedy jak kapitan narodowego transatlantyku. Polska coraz częściej przypomina kuter rybacki z przeciekającym silnikiem, którego załoga kłóci się o nazwę łodzi, podczas gdy morze już dawno zaczęło wlewać się do środka.
I właśnie wtedy, kiedy człowiek jeszcze próbuje zrozumieć, czy PKP dojedzie do Poznania przed następną epoką lodowcową, przychodzi wiadomość ze Stanów Zjednoczonych. Pentagon wstrzymuje rotację wojsk do Polski. Oczywiście tymczasowo. Oczywiście nic się nie dzieje. Oczywiście jesteśmy modelowym sojusznikiem.
Polska polityka od lat działa według tej samej zasady. Im częściej ktoś powtarza, że wszystko jest pod kontrolą, tym szybciej człowiek powinien zacząć pakować dokumenty do plecaka.
Rozczulające jest to, że o decyzji Amerykanów polskie władze dowiedziały się najpierw z mediów. To niezwykle symboliczne. Państwo aspirujące do roli regionalnej potęgi militarnej przeczytało o ruchach swojego najważniejszego sojusznika jak zwykły obywatel przy porannej kawie i scrollowaniu telefonu w toalecie.
Donald Trump, ten pomarańczowy cesarz chaosu z fryzurą przypominającą zderzenie mopsa z watą cukrową, od dawna traktuje politykę zagraniczną jak biznesowy szantaż. Dla niego sojusze są jak abonament w siłowni. Płacisz — jesteś ważny. Nie płacisz — możesz ćwiczyć sam w garażu.
I tutaj robi się naprawdę nieprzyjemnie. Bo Polska przez lata była wzorowym uczniem amerykańskiej szkoły bezpieczeństwa. Kupowaliśmy sprzęt, słuchaliśmy Waszyngtonu, powtarzaliśmy mantrę o strategicznym partnerstwie, a dziś nagle okazuje się, że geopolityka przypomina bardziej toksyczny związek niż romantyczny sojusz.
Europa patrzy na to wszystko z rosnącym zmęczeniem. Putin jeździ do Pekinu jak wasal na audiencję do bogatszego kuzyna. Litwa ewakuuje polityków do schronów po alarmach. Kalifornia płonie. Sztuczna inteligencja wymyśla cytaty do książek o prawdzie. A Konfederacja w Polsce postanawia walczyć z adopcją dzieci przez pary homoseksualne, bo najwyraźniej uznała, że XXI wiek rozwija się zdecydowanie zbyt spokojnie.
Konfederacja zresztą coraz bardziej przypomina grupę ludzi, którzy pomylili politykę z internetowym forum dla obrażonych wujków. Mentzen sprzedaje młodym chłopakom wizję państwa bez podatków i bez ograniczeń, czyli polityczny odpowiednik diety składającej się wyłącznie z chipsów i energetyków. Bosak wygląda jak człowiek permanentnie rozczarowany faktem, że średniowiecze jednak się skończyło. A Braun sprawia wrażenie kogoś, kto najchętniej wprowadziłby do Sejmu kadzidło, pochodnie i obowiązkowe bicie pokłonów przed mapą monarchii austro-węgierskiej.
Tymczasem Ziobro podobno przebywa w Stanach Zjednoczonych i „ma plany”. To bardzo groźne zdanie. Zbigniew Ziobro od lat wygląda jak człowiek, który nawet zamawiając kawę, brzmi tak, jakby przygotowywał polityczny akt oskarżenia przeciwko cywilizacji łacińskiej.
A nad tym wszystkim unosi się ten charakterystyczny zapach późnej polskości. Mieszanka prowizorki, ambicji, patriotycznych deklaracji i lekko przepalonego kabla w ścianie. Państwo działa. Pociągi jeżdżą. Okręty się budują. Sojusze trwają. Demokracja istnieje. Tylko wszystko wygląda tak, jakby było przykręcone do rzeczywistości na jedną śrubkę i taśmę izolacyjną.
Wieczorem miasta cichną. Ludzie wracają do mieszkań z siatkami zakupów i zmęczeniem przyklejonym do twarzy. W telewizji kolejny polityk opowiada o sukcesach państwa. Za oknem pada deszcz. Na dworcu ktoś znów czeka na opóźniony pociąg. W stoczni ktoś składa nowy okręt. W Pentagonie ktoś przesuwa znaczniki na mapie Europy.
A Polska trwa dalej w swoim odwiecznym stanie przejściowym. Jak pasażer siedzący na walizce w poczekalni historii i słyszący z megafonu komunikat, że opóźnienie może jeszcze chwilę potrwać.

Dodaj komentarz