CIEMNE OKULARY I CIEMNA HISTORIA – GENERAŁ ZE ŚLEPOWRONA

Warszawa

Niedawno skończyłem rozmowę z kolegą. Taką z tych dłuższych, gdzie człowiek zaczyna od pogody, a kończy na ostatecznych pytaniach o sens istnienia i czy ten kraj w ogóle da się jeszcze uratować. Rozmawialiśmy o historii, ludziach, o życiu – czyli o całym tym kłębowisku błędów, przypadków i ambicji. Jakoś tak – bez planu, bez agendy – zeszło nam na Wojciecha Jaruzelskiego. Dziś już zapomniany. Dla jednych wróg, dla innych zbawca, dla większości – temat maturalny z historii, który można zignorować, bo przecież i tak wejdzie powstanie styczniowe.

Ale staruchy, takie jak ja, jeszcze leczą rany. Po przejściach. Skrzywdzeni. Pozbawieni nadziei. Czasem zmuszeni do emigracji, czasem po prostu wypchnięci z kraju przez bieg historii. Wielu z nas ma w sobie pokusę, by winą za swoje nieudane życie obarczyć jedną twarz w ciemnych okularach. Łatwiej się rozlicza z samym sobą, gdy można winić Generała.

A zwłaszcza dziś, gdy dzięki takim tuzom rozumu jak Nawrocki, Kaczyński, Braunowie, Mentzeny i Bosaki, PRL wraca nie jak zombie, tylko jak upudrowany trup na państwowym pogrzebie. Tylko zamiast Jaruzelskiego – mamy klownów w krawatach i aparatczyków w wersji smartfonowej. W tym kontekście – chyba czas, by raz jeszcze spojrzeć na Generała. Bez okularów. Ale z pamięcią.

Jaruzelski. Nazwisko, które w Polsce wciąż wywołuje skrajne reakcje: od pogardy po zadumę, od przekleństw po ciche uznanie. Człowiek złożony z cienia, munduru i ciemnych okularów. Albo, jak mawiano w PRL-u, człowiek składający się głównie z tych okularów.

To nie był chłopiec z komunistycznego harcerstwa, który w piwnicy drukował ulotki z Marksem i Leninem. W młodości był patriotą, katolikiem, narodowcem. Gdyby nie wojna, być może skończyłby jako elegancki pan w Radzie Regencyjnej II RP, a nie autor dekretu o stanie wojennym.

Ale przyszła wojna. I przyszedł Sybir. Tam się nie rozmawiało o Monteskiuszu i etosie sarmackim. Tam się wyrąbywało drzewa do utraty wzroku. Dosłownie. To właśnie Syberia przyniosła mu chorobę oczu – i ciemne okulary, które później tak bardzo działały na wyobraźnię narodu, spragnionego przejrzystości, a otrzymującego milczący cień. Wyglądał jak południowoamerykański generał – tylko bez samby i zamachów stanu co wtorek.

Wkroczył do historii Polski przez nieszczelne drzwi kompromisu, wyważone buciorami historii. Wcielono go do armii Berlinga, i tak uciekł z zesłania. To nie była młodzieńcza fascynacja Leninem. To była pragmatyczna decyzja człowieka, który wiedział, że armia Andersa już odpłynęła, a NKWD nie przyjmuje rezygnacji. W armii Berlinga nienawidzono Sowietów tak samo jak w innych barwach – ale trzeba było maszerować pod czerwonym sztandarem i słuchać przemówień o światowej rewolucji.

Po wojnie Jaruzelski robił błyskotliwą karierę – a błyskotliwość w PRL często przypominała latarkę w szambie. W wieku 33 lat był już generałem. Propagandzistą wojskowym. Szlachcic kształtujący świadomość proletariatu. Ironia losu? Nie. Polska specjalność.

A potem przyszedł grudzień. 13. Grudnia. Ten sam, kiedy naród liczył na prezenty, a dostał WRON-ę. Wraz z nią – milicyjne pałki, godziny milicyjne i niekończące się „Dlaczego?”. Dlaczego właśnie on? Dlaczego wtedy? I – najważniejsze – czy naprawdę trzeba było?

Tu odpowiem Darkowi, który napisał: „Stan wojenny to nie był triumf zła, tylko klasyczna decyzja smutasa, który zobaczył same złe wyjścia i wybrał to, które uznał za najmniej katastrofalne.”

Darku, nie wiem, czy jesteś smutasem, ale masz w tej sprawie rację. Jaruzelski wybrał zło, które – według niego – miało uchronić nas przed złem większym. I nie była to metafora. Tak wynika z sowieckich dokumentów, z relacji członków Politbiura KC KPZR, z samego kontekstu tamtych dni. Oni mówili o „katastrofie”, „tragedii”, „braku odwrotu”. Breżniew walił w słuchawkę i mówił do Kani: „Was trzeba było wziąć pałą!”. A Andropow naciskał, żeby podpisać gotowy dokument o wprowadzeniu stanu wojennego, nie pytając sejmu. Oni się nie cackali. A Jaruzelski – o dziwo – nie podpisał.

Mój ojciec, który znał generała osobiście, pisał, że decyzja była dramatyczna. I że prymitywne jest myślenie, jakoby stan wojenny wprowadzono dla ochrony własnych stołków. Że to nie była próba triumfu, tylko dramatyczna obrona. Obrona przed interwencją, przed tym, by polski żołnierz musiał stanąć z kałasznikowem naprzeciw rosyjskiego T-72. A to, że ta obrona była brutalna, represyjna i zostawiła blizny – nie ulega wątpliwości.

Ale czy to był triumf zła? Nie. To był wybór z katalogu klęsk, jaki historia wręczyła Jaruzelskiemu w ciemnym futerale.

Jaruzelski był figurą tragiczną. Sztywny, drętwy, jakby cały czas grał siebie w spektaklu, do którego nikt nie napisał scenariusza. Kamera go kochała – bo nie zadawała pytań. Robotnicy już mniej – bo zadawali. A odpowiedzi brzmiały jak regulamin wojskowy czytany przez sztucznego lektora.

Czy był zbrodniarzem? To słowo nie pasuje. Zbyt proste. Czy był bohaterem? Zbyt ryzykowne. Jaruzelski był kimś, kto cały czas dryfował między jednym a drugim. Człowiekiem, który w czasie pokoju podejmował decyzje wojenne, i który w czasie wojny uczył się pokoju od Breżniewa.

Był też mistrzem tragikomedii. Wokół niego powstały setki dowcipów. Część z nich celnie oddaje absurdy epoki:

– Dlaczego Jaruzelski chodzi w mundurze w Warszawie, a w garniturze w Moskwie? Bo tam jest u siebie.

– Kiedy zdejmie okulary? Gdy przyspawa Polskę do ZSRR.

– Co mówi portret Jaruzelskiego po 13 grudnia? Mnie zdejmą, a ciebie powieszą.

Zmarł spokojnie. Bez sądu. Bez Trybunału. Bez linczu. Bo Polska nie jest zemstą. Polska jest pamięcią. A pamięć, choć często wybiórcza, potrafi czasem być sprawiedliwa.

Jaruzelski – generał w ciemnych okularach, ze Ślepowrona, ze skazą i z cieniem. Nie demon. Nie bohater. Po prostu: trudna postać z trudnych czasów. Jak my wszyscy.

I może właśnie dlatego – warto go zapamiętać. Nie dlatego, że był wielki. Ale dlatego, że był ludzki. Z całym bagażem słabości, strachu i błędów.

A to, przy całej ironii historii, jest najprawdziwszy powód, by o nim jeszcze raz pomyśleć – zanim znowu zaczniemy pisać swoje własne ciemne scenariusze.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights