


Poniedziałek wieczór po świętach ma w sobie coś z końca przedstawienia, kiedy publiczność już wyszła, światła przygasły, a ktoś jeszcze stoi na scenie i nie bardzo wie, co zrobić z rękami. Dom pachnie resztkami żurku i zmęczeniem, cisza nie jest już świąteczna, tylko trochę pusta. Człowiek siedzi, patrzy w okno albo w ekran, i ma wrażenie, że wszystko wróciło na swoje miejsce – tylko to miejsce jakoś się przesunęło.
Do mnie nawet śmigus-dyngus nie dotarł. Zbyt daleko, zbyt spokojnie, zbyt leniwie. Kot spał, ale jednym okiem pilnował, czy przypadkiem nie prowadzę tajnych operacji kulinarnych. Nie prowadziłem. Orzechy go nie interesują, więc miałem chwilowy azyl. Taki mały pokój bez historii, bez polityki, bez wielkich słów.
I właśnie wtedy człowiek ma najwięcej miejsca na myślenie.
Bo wystarczy włączyć wiadomości i nagle ta spokojna, domowa cisza zaczyna pękać jak skorupka jajka. Z jednej strony człowiek siedzi z kubkiem kawy, z drugiej strony świat właśnie próbuje się podpalić – i robi to z miną eksperta od grillowania.
Najpierw Ameryka, czyli klasyka gatunku. Donald Trump, człowiek, który potrafi zamienić dyplomację w komentarz pod artykułem, wchodzi na scenę i wali prosto z mostu: „Otwórzcie tę pie*****ną cieśninę, szalone bękarty, albo będziecie żyć w piekle”.
To już nie jest polityka. To jest awantura pod budką z piwem, tylko że stawką jest ropa, armie i kilka milionów istnień.
I jak to zwykle u niego bywa – w jednej ręce groźba spalenia świata, w drugiej propozycja negocjacji „do poniedziałku”. Tyle że tym razem nawet tego nie dowiózł, bo gdy pojawiła się konkretna propozycja porozumienia, Trump po prostu jej nie podpisał. Uznał, że „to za mało”.
Czyli klasyczny manewr: najpierw krzyczysz, że świat się kończy, potem odrzucasz plan, który mógłby ten koniec choć trochę odsunąć.
Człowiek, który jednego dnia zapowiada piekło, a drugiego mówi, że „porozumienie jest blisko”, a trzeciego odmawia jego podpisania, przypomina handlarza, który najpierw wybija szybę, potem proponuje naprawę, a na końcu mówi, że jednak mu się nie opłaca.
I teraz robi się naprawdę ciekawie, bo w Polsce ta globalna awantura natychmiast zostaje przetłumaczona na nasz lokalny dialekt polityczny.
Donald Tusk, z miną człowieka, który już widział kilka takich spektakli i wie, jak się kończą, mówi jasno: żadnego pakowania Polski w cudzą wojnę. Żadnego entuzjazmu dla cudzych pomysłów na „odblokowywanie cieśnin” przy pomocy cudzych żołnierzy.
Krótko mówiąc – kubeł zimnej wody.
Na co z drugiej strony sceny wychodzi cały chór ludzi Karola Nawrockiego, ubranych w powagę i słowa o „solidarności sojuszniczej”. I zaczyna się pyskówka, która ma w sobie coś z rodzinnej kłótni przy świątecznym stole, tylko że zamiast sałatki jarzynowej na stole leży Bliski Wschód.
Przydacz mówi o obowiązku, o flocie, o tym, że ktoś musi pomóc Amerykanom. Tusk odpowiada, że to prosta droga do wplątania Polski w konflikt, który nie jest nasz i że nie będzie robił z polskich żołnierzy statystów w cudzym filmie wojennym.
Rzecznik prezydenta dokłada swoje, mówiąc o „pogubionym premierze” i „pustym peronie”. I tu zaczyna się ten charakterystyczny moment, kiedy polityka przestaje być poważna, a zaczyna być kabaretowa – bo ludzie, którzy sami nie wiedzą, gdzie stoją, zaczynają tłumaczyć innym, że pociąg im odjechał.
A nad tym wszystkim unosi się Nawrocki – polityk z miną kontrolera ruchu lotniczego, który pomylił pas startowy z parkingiem i teraz z powagą tłumaczy, że to innowacja.
Jedną ręką zaprzysięga dwóch sędziów, drugą trzyma czterech w zamrażarce konstytucyjnej, a trzecią – wyimaginowaną, ale jakże potrzebną – macha opinii publicznej przed oczami, żeby nikt nie zauważył, że tu nie ma żadnego planu.
To nie jest strategia.
To jest chaos ubrany w garnitur.
To jest polityka robiona jak remont w niedzielę po południu: bez projektu, bez narzędzi, za to z przekonaniem, że „jakoś to będzie”, a jak nie będzie – to się przykryje dywanem i nazwie sukcesem.
Państwo w jego rękach nie działa – ono się potyka, cofa i tłumaczy, że to sprint do przodu.
I nagle mamy pełen obraz polskiej polityki: jedni mówią, że pociąg odjechał, drudzy, że dobrze, bo jechał w złym kierunku, a trzeci stoją na torach i zastanawiają się, czy przypadkiem nie warto jeszcze dorzucić węgla.
W tle tej kłótni czai się jednak coś znacznie poważniejszego.
Bo sojusz z Ameryką, który przez lata był jak żelazna kotwica, zaczyna przypominać raczej leasing z opcją wypowiedzenia. Sprzęt mamy, rachunki płacimy, ale klucze do systemu leżą gdzie indziej.
I wtedy pojawia się pytanie, które powinno wszystkich postawić na baczność: co jeśli ktoś przestanie nam wysyłać aktualizacje?
Nie trzeba żadnych filmowych scen z wyłączaniem samolotów jednym kliknięciem. Wystarczy brak części, brak danych, brak wsparcia. I nagle nasze dumne, błyszczące maszyny zaczynają działać jak telefon bez zasięgu.
Są, ale nie do końca.
I w tym momencie cała ta polska kłótnia o „czy pomagać Ameryce” zaczyna wyglądać jak dyskusja pasażerów o kierunku jazdy w autobusie, którego kierowca właśnie sprawdza, czy w ogóle chce dalej jechać.
A obok tego wszystkiego mamy jeszcze spektakl w wersji węgierskiej. Viktor Orban, mistrz politycznego teatru, dostaje idealny prezent na tydzień przed wyborami: materiały wybuchowe przy gazociągu. Alarm, rada obrony, narracja o zagrożeniu, sugestie sabotażu.
Przypadek. Z gatunku tych, które zawsze zdarzają się w idealnym momencie.
Opozycja mówi: prowokacja, fałszywa flaga. Władza mówi: bezpieczeństwo państwa. Wyborcy mają się bać.
I wtedy z boku pojawia się Radosław Sikorski i jednym zdaniem robi więcej niż całe konferencje prasowe. „Podejrzanie dogodny moment” – mówi.
I w tym jednym zdaniu jest więcej rozumu niż w całym tym węgierskim przedstawieniu.
Bo propaganda musi krzyczeć, mnożyć fakty, pompować grozę. Polityk, który jeszcze pamięta, do czego służy rozum, czasem tylko podniesie brew.
I nagle cały ten balon zaczyna syczeć.
Bo naprawdę trzeba mieć wyjątkową odporność na rzeczywistość, żeby uwierzyć, że materiały wybuchowe przy gazociągu pojawiają się dokładnie tydzień przed wyborami – tak, po prostu, z nudy.
I wszystko się zgadza. Bo polityka w tej części świata coraz częściej przypomina dobrze wyreżyserowany serial, w którym napięcie rośnie dokładnie wtedy, kiedy trzeba.
A nad tym wszystkim siedzą Chiny. Cicho, spokojnie, bez emocji. Patrzą, jak Ameryka rzuca groźby jak przekleństwa, Europa się miota, a lokalni liderzy wykorzystują każdy kryzys do własnych rozgrywek. I robią jedyną rzecz, której inni nie potrafią. Czekają. Bo wiedzą, że największym błędem przeciwnika jest przekonanie, że wszystko kontroluje.
I wtedy wracam do tej ciszy. Do tego momentu za Księżycem, kiedy znika sygnał, znika hałas, znika pewność. I zostaje tylko człowiek i jego niewiedza.
Patrzę na Trumpa, który grozi jak sfrustrowany komentator internetu. Patrzę na Orbána, który znajduje wybuchy dokładnie tam, gdzie ich potrzebuje. Patrzę na polską scenę, gdzie Nawrocki i jego otoczenie próbują jednocześnie grać w państwo i w teatr.
I myślę sobie, że problemem nie jest brak odpowiedzi. Problemem jest nadmiar ludzi, którzy są pewni. Pewni wszystkiego.
I dlatego świat wygląda tak, jak wygląda. Bo nikt już nie ma odwagi powiedzieć: „nie wiem”. A ci, którzy mówią, że wiedzą – najczęściej prowadzą nas prosto w ścianę.
Nawrocki nie buduje państwa. On je zużywa. Jak ktoś, kto dostał do ręki skomplikowany mechanizm i zamiast się nauczyć, jak działa, zaczyna nim potrząsać, rozkręcać i sprawdzać, co się stanie. A potem stoi nad tym bałaganem i z powagą ogłasza, że wszystko jest pod kontrolą. Nie jest. I nie będzie.
Bo państwo to nie zabawka, a Nawrocki zachowuje się jak dziecko, które dostało za drogi prezent i postanowiło sprawdzić, czy da się go zepsuć szybciej, niż inni zdążą zauważyć.
A kiedy już wszystko przestanie działać, powie tylko, że tak właśnie miało działać — i to będzie jego jedyna konsekwencja.

Dodaj komentarz