
Niedzielny poranek potrafi być bezczelny jak polityk złapany na kłamstwie, który jeszcze zdąży poprawić krawat i powiedzieć, że wszystko jest pod kontrolą. Świat wygląda wtedy jak scena po nocnym spektaklu – krzesła ustawione, światła przygaszone, tylko gdzieś pod podłogą jeszcze czuć drganie po wczorajszym trzęsieniu.
I właśnie w takich chwilach najłatwiej uwierzyć, że nic się nie dzieje. A tymczasem dzieje się wszystko, tylko bez hałasu. Bo są struktury, które nie potrzebują wyborów, żeby rządzić, i nie potrzebują większości, żeby mieć rację – wystarczy im dostęp do ludzi, którzy podejmują decyzje.
Opus Dei nie jest już tym samym, czym było jeszcze dekadę temu, przynajmniej formalnie, bo decyzja papieża Franciszka sprowadziła tę organizację z poziomu kościelnego „państwa w państwie” do rangi zwykłego stowarzyszenia duchownych, co w języku instytucji oznacza tyle, co degradacja z pozycji generała do funkcji przewodniczącego koła wędkarskiego.
Ale struktury władzy nie umierają od dekretów. One tylko zmieniają sposób oddychania. Historia tej organizacji przypomina kronikę perfekcyjnie prowadzonej infiltracji, w której kadzidło służy za zasłonę dymną, a modlitwa za język komunikacji wewnętrznej. Od momentu, gdy Josemaría Escrivá wymyślił w 1928 roku, że zamiast ratować pojedyncze dusze lepiej przejąć całe elity, Opus Dei konsekwentnie realizowało plan, który bardziej przypominał strategię korporacyjną niż ewangeliczną misję.
Nie chodziło o modlitwę. Chodziło o wpływ.
W Hiszpanii generała Franco ludzie tej organizacji obsadzali ministerstwa, banki i rady nadzorcze, tworząc coś na kształt równoległego państwa, które działało ciszej niż oficjalna władza, ale często skuteczniej. W Ameryce Łacińskiej sympatyzowali z wojskowymi reżimami, w Europie budowali sieci kontaktów z politykami i biznesem, a w Watykanie grali w pokera o najwyższą stawkę. I to nie był poker symboliczny. To były pieniądze.
Bank Watykański przez lata funkcjonował jak dobrze zamaskowana pralnia, w której spotykali się bankierzy, mafiosi i hierarchowie, a nazwiska takie jak Roberto Calvi czy Michele Sindona pojawiały się częściej w aktach prokuratorskich niż w modlitewnikach. Nad tym wszystkim unosiła się postać Paula Marcinkusa, który potrafił jedną ręką podpisywać dokumenty finansowe, a drugą zasłaniać się murem państwa watykańskiego.
Kiedy imperium Ambrosiano runęło, a Calvi skończył powieszony pod londyńskim mostem, a Sindona wypił swoją ostatnią kawę z domieszką trucizny, Watykan nie upadł tylko dlatego, że ktoś w porę wyciągnął portfel.
I tym kimś było Opus Dei. Jan Paweł II wiedział, komu zawdzięcza stabilność finansową, i potrafił się odwdzięczyć z rozmachem, jakiego nie powstydziłby się żaden bank inwestycyjny. Nadał organizacji status prałatury personalnej, czyli de facto autonomicznego organizmu w Kościele, i otworzył jej drzwi do samego centrum władzy.
To nie była teologia. To była transakcja, w której jedna strona dawała pieniądze, a druga dawała władzę i święty spokój od prokuratorów. I kiedy dziś ktoś mówi, że Opus Dei to tylko konserwatywna wspólnota religijna, to brzmi to mniej więcej tak, jakby ktoś twierdził, że bank to tylko miejsce przechowywania monet.
W Polsce ta historia nie jest abstrakcją, tylko codziennością w dobrze skrojonym garniturze i z nienaganną dykcją.
Nazwisko Marcina Romanowskiego nie pojawiło się przecież znikąd. Numerariusz Opus Dei, człowiek formowany w duchu bezwzględnego posłuszeństwa i ideologicznej dyscypliny, przez lata budował swoje wpływy w samym sercu państwa, najpierw jako współpracownik Zbigniewa Ziobry, potem jako wiceminister sprawiedliwości i architekt systemu dystrybucji pieniędzy z Funduszu Sprawiedliwości.
Nie działał w próżni. Tworzył struktury. Instytut Wymiaru Sprawiedliwości, Pracownia Liderów Prawa, sieć powiązanych organizacji i fundacji, które miały wyglądać jak neutralne instytucje edukacyjne, a w rzeczywistości pełniły funkcję filtrów ideologicznych i rekrutacyjnych. Programy szkoleniowe, w których młodzi prawnicy byli selekcjonowani nie tylko pod kątem kompetencji, ale przede wszystkim pod kątem „właściwych” poglądów i gotowości do podporządkowania się. To nie była edukacja. To była hodowla kadr.
W Krakowie ośrodek „Barbakan”, w Warszawie „Przy Filtrowej” – eleganckie budynki, zadbane wnętrza, dyskretna atmosfera, w której miesza się akademik, seminarium i klub towarzyski. Tam buduje się relacje, tam tworzy się lojalności, tam młody człowiek uczy się, że świat ma strukturę, a ta struktura ma swoje centrum.
I że to centrum nie znajduje się w konstytucji. Członkowie Opus Dei w Polsce działają często poza szyldem organizacji, zakładając stowarzyszenia, fundacje, inicjatywy edukacyjne, które mają „promować wartości”. Warsztaty z retoryki, kursy przywództwa, zajęcia z savoir-vivre, spotkania z „ludźmi sukcesu”. Wszystko wygląda niewinnie, dopóki nie zrozumiesz, że to jest system długoterminowej inwestycji w ludzi, którzy za kilka lat będą podejmować decyzje. I będą je podejmować w określony sposób.
W Ministerstwie Sprawiedliwości, w instytucjach publicznych, w radach nadzorczych, w organizacjach pozarządowych – tam, gdzie przepływają pieniądze i wpływy, tam zaczynają pojawiać się ludzie, którzy przeszli przez te same korytarze, słuchali tych samych wykładów i odpowiadali na te same pytania o wartości.
Nie muszą się znać. Wystarczy, że myślą podobnie. Dlatego Opus Dei nie jest organizacją, która przegrywa. To jest organizacja, która znika z pierwszej strony gazet tylko po to, żeby pojawić się w spisach decyzyjnych.
Dziś, kiedy świat polityki zaczyna przypominać ring, na którym liczy się siła, a nie reguły, taka struktura jest idealnie dopasowana do rzeczywistości. Nie potrzebuje populizmu, bo działa głębiej. Nie potrzebuje emocji, bo operuje cierpliwością. Ona nie zdobywa władzy. Ona ją przygotowuje.
I kiedy wreszcie przychodzi moment, w którym ktoś pyta, kto naprawdę podejmuje decyzje, odpowiedź rzadko pada na konferencji prasowej. Bo najgorsze w tym wszystkim jest to, że oni nigdy nie muszą wygrać wyborów. Wystarczy, że wygrają ludzi.
A potem już tylko spokojnie czekają, aż państwo zacznie działać tak, jak oni je wcześniej zaprojektowali i kiedy się zorientujesz, że to już nie jest państwo, tylko projekt – nie ma już gdzie wrócić.

Dodaj komentarz