
Długo zastanawiałem się, czy ten tekst w ogóle opublikować. Serio. Wahałem się jak poseł PSL między stołkiem w ministerstwie a rozsądkiem, który już dawno uciekł do Brukseli. Ale postanowiłem poczekać, aż ostatni opłatek zostanie przeżuty, ostatnia choinka wyrzucona przez balkon, a polski katolik wróci do swego naturalnego stanu skupienia: biernego-agresywnego lęku przed obcym. No i mamy po świętach. Czas więc powiedzieć wprost: jakim trzeba być intelektualnym parówkiem, żeby mieć pretensje do Żydów, że nie śpiewają kolęd w Knesecie?
Tak, naprawdę. W Polsce, w XXI wieku, w państwie niby-cywilizowanym, członku UE, NATO i klubu państw z dostępem do jogurtów probiotycznych, są osobniki, które z oburzeniem sapią do mikrofonów: „Dlaczego oni nie mają choinki w izraelskim parlamencie?!”. To są ci sami ludzie, którzy myślą, że Chanuka to jakaś potrawa z karpia, a „żydowska świeca” to zapewne coś wybuchowego.
Zacznijmy od źródła całej tej paranoi: „Protokoły mędrców Syjonu”. Czyli ten sam poziom literackiej wiarygodności, co scenariusze seriali TV Republika. Rosyjska fałszywka, kulturalne gówno w aksamitnym futerale, które zrodziło cały współczesny antysemityzm. Paszkwil, który do dziś stanowi dla wielu podstawę światopoglądu, zaraz po „Koronie królów” i Twitterze Brauna. Bo przecież jeśli ktoś nie śpiewa „Bóg się rodzi”, to na pewno planuje przejąć świat, prawda?
Nie, cymbale narodowy, nie śpiewają, bo nie muszą. Bo mają Chanukę. Mają menory, nie bombki. Mają własną historię, nie twoje rekonstrukcje z orłem bez korony. Mają pamięć — taką prawdziwą, bolesną, a nie wymyśloną przy bigosie i trzeciej kolejce. I jakoś nie mają potrzeby przystrajania swojego parlamentu w tandetę z Castoramy.
A u nas? W Sejmie Chanuka to od lat zwyczaj. Taki symboliczny, grzeczny, z refleksją. Kilka świeczek, kilka słów, trochę ciszy — czyli więcej duchowości niż na stu mszach w intencji klęski LGBT. I to właśnie przeszkadza. Bo przeszkadza zawsze wszystko, co nie da się owiniąć białoczerwonym sztandarem i sprzedać jako „wartości chrześcijańskie”.
Nawet Nawrockiemu — tak, temu z IPN, co chciałby zakazać istnienia wszystkiego, co nie pachnie mesjaszem z Torunia. Gdy Fundacja From the Depths zaproponowała zorganizowanie chanukowej uroczystości w jego pałacu, ten wybrzydzał jak panienka z Radomia na wiejskim weselu. „To może nie tutaj, to może nie teraz”. Tak jakby kilka świeczek mogło zbezcześcić barokowy marmur jego ideologicznego bunkra.
A przecież to nie pierwsza Chanuka w Sejmie. Od lat dziewięćdziesiątych — kiedy to jeszcze posłowie mieli resztki przyzwoitości i zwoje mózgowe nie przypominały frytek z maku — świeczki płonęły i nikt nie dostał od tego apopleksji. Ale teraz? Teraz każda inność to zdrada, każda mniejszość to zagrożenie, każda menorowa iskra to ogień piekielny. O tempora, o kretyni.
Tymczasem w 2014 roku w Knesecie pojawiła się propozycja postawienia choinki. Ot, drobny gest wobec chrześcijan. I co? Reakcja była jak na słowo „aborcja” w Radiu Maryja: święte oburzenie, zawodzenie i próby egzorcyzmu. Finalnie choinkę gdzieś tam upchnęli, ale tak, żeby nie raziła. Bo przecież to państwo Żydów. A jednak — i tu uważajcie, bo to skomplikowane — jakoś udało im się nie rozpętać wojny cywilizacyjnej z powodu drzewka.
U nas nie. U nas „świeckość” państwa polega na transmisjach mszy w TVP i stawianiu krzyża nawet w spółdzielni mleczarskiej. A jeśli ktoś zapali menorę — awantura jakby zdradził Polskę za paczkę daktyli. Bo przecież mamy być jednością. Narodową. Katolicką. Jednolitością w dzwonie i kadzidle.
Tyle że ta jedność to lipa. To kiełbasa wyborcza i złudzenie. A prawdziwa wspólnota to właśnie to: zgoda na różnorodność. Na inne święta. Na inne modlitwy. Na inne symbole. I jeśli nie potrafimy tego znieść, to nie zasługujemy na własną flagę, tylko na biały kombinezon wiązany na plecach i salę bez klamek.
Więc zanim znowu ktoś wrzuci w sieć pytanie: „czemu Żydzi nie śpiewają kolęd?”, niech najpierw zapyta siebie, czy naprawdę rozumie, czym jest kolęda. Bo jeśli ktoś śpiewa „Bóg się rodzi”, a potem sieje jad w komentarzach pod zdjęciem chanukowego świecznika, to nie śpiewa o Bogu. On śpiewa o sobie — małym, przestraszonym i mentalnie zaparkowanym w epoce, gdy świat był płaski, a rozum luksusem z importu.

Dodaj komentarz