

BRAUN I BĄKIEWICZ. DUET POLSKIEGO FASZYZMU – CZYLI JAK HISTORIA ZNOWU STANĘŁA NA GŁOWIE, A PROKURATURA W KOŃCU PODRAPIE SIĘ PO GŁOWIE
Jeśli myśleliście, że najgorsze w polskiej polityce już było – to z radością donoszę, że nie. Witamy w 2025 roku, gdzie historia to przedmiot wyborczy, prawda jest zbyt kontrowersyjna, żeby ją przytaczać, a dwóch panów – jeden z kadzidłem, drugi z pałką teleskopową i dresową manierą – ustawia granice debaty publicznej tak, żeby akurat przeszły przez bunkier pod CPK albo głowę Babci Kasi.
Tak. Mowa o Grzegorzu Braunie i Robercie Bąkiewiczu – duecie tak groteskowym, że gdyby go wymyślić, byłby uznany za zbyt przesadzony nawet jak na standardy „Ucha Prezesa”. Ale oto są – na mównicach, w transmisjach, na Twitterze, w sądach i, miejmy nadzieję, niebawem również w aktach oskarżenia.
GASZENIE ŚWIEC, ZANIM ZNÓW ZAPŁONĄ: MIĘDZYNARODÓWKA BRAUNOIDÓW I INNI PODPALACZE HISTORII
Gdyby głupota mogła emitować ciepło, Grzegorz Braun ogrzałby pół Polski zimą. Niestety, zamiast termicznego pożytku, mamy eksplozję politycznego metanu: śmierdzącego, łatwopalnego i wybuchającego głównie w obecności mikrofonu. Człowiek, który nazwał Auschwitz „fejkiem”, znowu dokonał rzeczy niemożliwej – upchnął cały wagon historycznego debilizmu w ciasną przestrzeń jednej wypowiedzi. Brawa. Albo może raczej: Heil ignorancjo! – tak, to dziś w modzie.
Wchodzimy właśnie w nową erę politycznego cosplayu, w której nacjonaliści w całej Europie odtwarzają największe porażki XX wieku, z teatralnym zapałem prowincjonalnego kabaretu. Włoscy miłośnicy Mussoliniego, francuscy fani Pétaina i pół miliona chorwackich ustaszy na festynie nienawiści – to nie scena z alternatywnej wersji „Dnia Świra”, tylko bieżące wiadomości.
A nasz rodzimy prorok z wąsem sprzed hipermarketu? Pan Grzegorz? On nie tylko zanegował Holokaust. On zrobił to z takim entuzjazmem, jakby miał w planach własną wersję „Historii Rzeczy Niebywałych według Grzegorza z Lublina”. Zdradził nam przy okazji, że pod CPK ma powstać „żydowski bunkier”. Kiedyś pisano scenariusze sci-fi. Teraz wystarczy puścić Brauna na żywo i mamy pełną produkcję – bez budżetu, bez sensu, ale za to z pełną gotowością do obrażania rzeczywistości.
Niech nie zmyli was jego status „niezależnego posła”. Ideowo, to towarzystwo wzajemnej adoracji: z Mentzenem wtórującym antysemickim frazesom, z Bosakiem machającym sztandarem „walki z poprawnością polityczną”, i z innymi bojownikami o prawo do bycia wulgarnie niedoinformowanym. Braun jest ich narodowym horrorem – Freddy Krueger polskiej historii, który wchodzi do szkół przez media i zakuwa dzieci w kajdany bredni.
Ale przecież nie jest sam. Międzynarodowa liga fałszowania przeszłości rośnie w siłę jak pleśń w akademiku. Twitter? Przepraszam, X? To już nie platforma – to piwnica internetu, w której MechaHitler Grok serwuje antysemicką papkę z dodatkiem neofaszystowskich białek. Kanye West, który najpierw się wypisał z rzeczywistości, teraz próbuje do niej wrócić śpiewając „Heil Hitler”? Co następne? Justin Bieber nagra remix Mein Kampf?
W tym cudownym świecie prawdy post-faktualnej połowa młodych Francuzów nie zna słowa „Holokaust”, a Rumuni biją rekordy w przekonaniu, że to „zachodnia propaganda”. Może dlatego, że w szkołach uczą już tylko o „naszej racji stanu” i „wstawaniu z kolan”, cokolwiek to znaczy w pozycji horyzontalnej intelektualnie.
Ale Braun nie jest idiotą. On jest zawodowcem w kategorii: „Jak zamienić paranoję w kapitał polityczny”. Jego poglądy nie są lapsusem, są strategią. Skrajna prawica na całym świecie już wie: przyszłość to przeszłość na replayu, tylko głośniej i bez reklam. A że prawda po drodze ginie? Cóż, widocznie była elementem spisku.
W międzyczasie prokuratura przygotowuje „kompleksowy akt oskarżenia”. Kompleksowy, bo trzeba objąć nie jeden, nie dwa, ale cały bukiet grzechów posła od świecy dymnej. A ponieważ Braun został europosłem, trzeba też drugi raz wnioskować o uchylenie immunitetu – bo jak wiadomo, immunitet to u nas coś pomiędzy tarczą w „Zeldzie” a przepustką do psychodramy na mównicy.
BRAUN I BĄKIEWICZ: DWÓCH PANÓW Z PIEKŁA RODEM, JEDNA PROKURATURA I ZERO ZASKOCZEŃ
I tutaj wchodzi drugi bohater naszej narodowej opery groteski – Robert Bąkiewicz. Pamiętacie jeszcze, jak ten samozwańczy patriota zepchnął aktywistkę Babcię Kasię ze schodów, a potem został ułaskawiony przez prezydenta? Bo ja pamiętam. Historia ta ma w sobie wszystko: przemoc, bezkarność, polityczne kumoterstwo i święte oburzenie, które gdzieś się zgubiło po drodze, może pod schodami.
I teraz prokuratura mówi, że Bąkiewicz jest objęty śledztwem. Brawo. Rok po wyroku, kilka tygodni po ułaskawieniu, kilkaset dni po narodowych marszach, w których ludzie z jego środowiska paradowali z symboliką tak wprost faszystowską, że aż wstyd było się urodzić 70 lat po wojnie.
A przecież Bąkiewicz to nie tylko przemoc uliczna – to też graniczne patrolowanie z odcieniem paramilitarnym, podszywanie się pod służby, organizowanie samozwańczych „obrońców granic” i szczucie ludzi w imię „porządku narodowego”. Sprawdzają monitoring, analizują dowody – świetnie, tylko pytanie: czemu dopiero teraz? Przecież od lat wiadomo, kim są ci ludzie i w czyim imieniu działają. I to właśnie jest puenta tej opowieści.
Braun i Bąkiewicz nie są odstępstwem. Oni są symptomem. Ich działania nie powstały w próżni. Kiedy latami ignoruje się język nienawiści, flirtuje z faszyzującym stylem politycznym i traktuje „walkę z poprawnością” jako legitymizację do przemocy – kończy się właśnie tak. Negacjonista w europarlamencie. Patriota od kopniaków z immunitetem moralnym. I naród coraz mniej odporny na kłamstwo.
ZAMIAST POINTY: W KOLEJCE DO PIEKŁA CZEKA SIĘ NA NUMEREK
Prokuratura się obudziła. Trochę jak sąsiad, który po roku od podpalenia twojego mieszkania mówi: „Ej, coś tu śmierdzi”. Ale niech będzie. Jeśli ten „kompleksowy akt oskarżenia” przeciw Braunowi i śledztwo przeciw Bąkiewiczowi to pierwszy ruch w stronę ratowania demokracji i prawdy historycznej – to lepiej późno niż wcale.
Tylko błagam, nie róbmy z nich męczenników. Bo to nie są męczennicy. To są profesjonaliści od podpalania historii, podbijania emocji i zamieniania społeczeństwa w krzykliwy tłum bez pamięci. I jeśli pozwolimy, żeby ich działalność uchodziła za „kontrowersyjne poglądy”, to możemy się pożegnać z czymkolwiek przypominającym wspólnotę opartą na faktach.
Więc dziś mamy wybór: albo zrobimy z Grzegorza Brauna i Roberta Bąkiewicza podręcznikowy przykład tego, jak nie wolno żyć w demokracji, albo oni zrobią z nas podręcznikowy przykład tego, jak demokracja przestaje istnieć.
A wtedy ostatni gasi światło. Chociaż pewnie zrobi to Braun. Kadzidłem.

Dodaj komentarz