



W polskiej polityce znów zapalił się czerwony neon z napisem „groteska”. W głównej roli: Grzegorz Braun, człowiek, który z charyzmą wściekłej kapibary i manierą wiejskiego kaznodziei przebija się przez ekran do tego rodzaju widzów, którzy krzyczą na telewizor i sądzą, że „Norymberga 2.0” to poważny plan legislacyjny.
Braun, niczym polityczny paczkomat dla sfrustrowanych obywateli, dostarcza każdemu coś: antysystemowcom – wkurw, antyszczepionkowcom – wizję odwetu, a prawicy – zawstydzenie. I oto trzęsie PiS-em i Konfederacją. Serio. Gość, który jeszcze niedawno palił świeczki pod rzeźbą Chrystusa z czekolady, dziś rozdaje karty. W świątecznym klimacie politycy życzyli sobie nie „Wesołych Świąt”, lecz „oby Korona nas nie wyprzedziła”. Polska, rok 2026.
Z PiS-em Braun gra w grę wstydu. Kaczyński publicznie się od niego odcina, ale w zakulisowych pogaduszkach jego ludzie snują plany o pakcie senackim. „Lepszy Braun niż Tusk” – deklaruje Karol Nawrocki, twarz prezydentury z kartonu i logiki z Biedronki. Tak, to ten sam Nawrocki, którego charyzma daje się porównać z mokrą ścierką. Tusk patrzy na to wszystko jak strateg, który wie, że im bardziej PiS się przylepi do Brauna, tym większą bombę dostaje w plecaku.
Nawrocki – polityczny meteor o świetle reflektora LED w taniej lampce biurkowej – próbuje dziś wyrzeźbić sobie miejsce w podręcznikach historii. Problem w tym, że robi to dłutem z plasteliny. Oficjalnie prezydent wszystkich Polaków, nieoficjalnie: dość miękki przekaźnik twardych interesów starej gwardii. Gdyby był systemem operacyjnym, to Windows Vista z wgraną tapetą Jana Pawła II.
Z Tuskiem zderza się nie jak równy z równym, tylko jak rower z tramwajem. Premier, choć nie bez wad, jest politycznym wyjadaczem. Nawrocki – amatorem, który dostał do ręki zapałki w składzie prochu. Marzy o tym, by rozgrywać, ale wygląda na rozgrywanego. Niby chce być mężem opatrznościowym, a kończy jako notariusz kryzysów wewnątrz PiS.
Ich starcie nie jest starciem idei, tylko formy z atrapą. Tusk wie, jak zarządzać konfliktem, Nawrocki nie wie, co z nim zrobić, więc przeważnie stoi z boku i patrzy, jak płonie dom. Mówią, że uczy się szybko. Ale ucznia nie wrzuca się od razu do finału ligi mistrzów. A tu ma przed sobą Tuska, faceta, który z niejednego talerza politycznego zupę jadł i nie raz sól wsypywał do niej przeciwnikom.
Bo Braun to polityczny cosplay apokalipsy. Jest w nim coś ze starego Korwina, coś z antychrysta w klapkach Kubota i coś z reżysera komunijnego wideo. „Myśli obrazkiem”, mówią jego byli koledzy. On nie chce rządzić. On chce nagrać film o sobie, w którym zbawi naród, wyśle Żydów do ambasady, a Unię Europejską rozpuści w kwasie metaforycznym.
Konfederacja załamuje ręce. Chcieli być partią dla normalsów, a wyszła sekta dla redaktorów z ONR-owskich blogów. Braun im zabiera tożsamość, Mentzen gubi świeżość, a Bosak nadal wygląda jak harcerz z ambicjami prowadzenia rekolekcji w Radomiu. W efekcie, zamiast być „młodym głosem rozsądku”, stali się ofiarami marketingu religijnego obłędu.
Tymczasem Tusk? Premier z wiecznym uśmieszkiem sardyńskiego lisa, który z nudów przewodzi rządowi i trzyma w garści całą tę burleskę. Gra w TikToka, robi trzy spotkania z wyborcami i nagle znowu prowadzi w sondażach. Jego sukcesem nie jest realizacja obietnic, bo te z gracją trupa muchy zniknęły w szafie u Kosiniaka-Kamysza. Ale nikt mu tego nie wypomina, bo ludzie i tak wiedzą, że PSL to polityczny adapter – zawsze obraca się w kierunku najbliższego ciepła.
Fundusz Kościelny? Nadal działa, mimo że wszyscy zgodnie obiecywali jego likwidację. Zespół do spraw jego rozwiązania pod wodzą WKK (czyli „Władek Kombinuje Kamysz”) spotkał się tyle razy, ile razy Braun był uprzejmy – czyli prawie wcale. Ale co z tego? Przecież nikt nie chce wojny z Kościołem. Ani tej prawdziwej, ani tej z tekturowymi krzyżami w szkolnych klasach.
W tym kraju wszystko jest kabaretem. Nawet prześladowania. Katolicy opowiadają, że są męczeni jak chrześcijanie w Korei Północnej, bo ktoś zabrał im plastikowy krzyż. A potem biegną na konferencję z Robertem Bąkiewiczem, który z chrześcijaństwem ma tyle wspólnego, co kot Schrödingera z poradnikiem do empatii.
I jeszcze Trump – stary nowy mesjasz polskiej prawicy, który chciał kupić Grenlandię, a teraz pewnie przyjedzie do Polski, żeby zaproponować wymianę Kaczyńskiego na diamenty. PiS, uwieszony na nim, jak zbłąkany kundel, ryzykuje swoją ostatnią resztkę wiarygodności w NATO, ale hej – MAGA!
A na końcu siedzi sobie Braun. Z kamerą, z cytatem z Norwida i bonmotem o masońskiej zarazie. I to on dziś „obsiewa trzecie pole”. Czyli to miejsce, gdzie z braku sensu, rośnie paranoja. Tam teraz walczą wszyscy: PSL z nadzieją, że ktoś się zlituje; Konfederacja z miną podtuczonego labradora; PiS z szalikiem MAGA; a Koalicja Obywatelska z planem, który pewnie nie istnieje, ale przynajmniej wygląda dobrze w kampanii.
To wszystko byłoby zabawne, gdyby nie to, że Braun naprawdę może wejść do rządu. I wtedy jedyną rzeczą, która nas odróżni od rzeczywistości z Alternatywy 4, będzie brak Stanisława Anioła. Choć kto wie – może już gdzieś siedzi w kancelarii prezydenta Nawrockiego, pisze notatki i marzy o cenzurze.
Polityka polska, rok 2026: święta paranoja, narodowy show.

Dodaj komentarz