BRATANKOWIE, SEJFY I POLITYKA NA WYPRZEDAŻY

Warszawa

Poniedziałek w południe ma w sobie coś z poczekalni u dentysty. Człowiek siedzi, jeszcze nie boli, ale już wie, że będzie. Słońce świeci jakby bezczelnie, kawa stygnie szybciej niż zwykle, a świat udaje, że jest normalny, choć od rana wiadomo, że normalność została odwołana bez podania przyczyny.

Na ekranie pojawia się Przemyśl. Flagi, uśmiechy, historia wyciągnięta z szafy jak odświętny garnitur, który trochę już nie pasuje, ale wciąż robi wrażenie. Karol Nawrocki stoi obok Tamása Sulyoka i mówi o przyjaźni. O braterstwie. O wspólnych królach, jakby historia była katalogiem Ikei, z którego można sobie wybrać wygodny fragment i pominąć instrukcję.

I wszystko byłoby jeszcze do przełknięcia, gdyby nie to, że między jednym „bratankiem” a drugim wślizguje się Europa. Ta sama Europa, do której należymy, z której korzystamy i którą od czasu do czasu trzeba uderzyć, żeby elektorat poczuł, że ktoś tu jeszcze mówi „stop”.

„Stop” brzmi dziś jak modlitwa dla leniwych. Krótkie, proste słowo, które zastępuje myślenie. „Stop” dla imigracji. „Stop” dla klimatu. „Stop” dla Brukseli. Jakby polityka była pilotem do telewizora, a państwo kanałem, który można przełączyć, gdy leci coś niewygodnego.

Prezydent mówi więc o centralizacji Unii Europejskiej, o ideologii, o tym, że trzeba się sprzeciwić. I mówi to z powagą człowieka, który wie, że mówi to, co powinien powiedzieć. Bo gdzieś, poza kadrem, ktoś już wcześniej ustalił, które zdania są bezpieczne, a które należy podkreślić.

W tle majaczy Budapeszt. Viktor Orbán — polityczny kuglarz, który jedną ręką macha flagą suwerenności, a drugą podaje Moskwie notatki z europejskich narad. Człowiek, który potrafi mówić o wolności, stojąc po kostki w rosyjskiej ropie. Człowiek, który z Unii bierze miliardy, a w zamian oddaje lojalność tam, gdzie kończy się Zachód, a zaczyna Kreml.

I to już nie jest metafora. To jest mechanika.

Bo kiedy węgierski minister spraw zagranicznych dzwoni do Siergieja Ławrowa w przerwie unijnych rozmów, to nie jest dyplomacja. To jest podsłuch w białych rękawiczkach. To jest Europa, która mówi szeptem, bo jeden z jej członków stoi z uchem przy ścianie i przekazuje wszystko dalej.

I w tę właśnie scenografię wchodzi polska prawica. Już nie ostrożnie. Już nie z dystansem. Tylko z wyraźną ulgą, jak ktoś, kto wraca do znajomego towarzystwa, choć wie, że towarzystwo ma złą reputację.

Jeszcze niedawno dystansowała się od Orbána, gdy ten ściskał się z Putinem jak wspólnik po udanym interesie. Dziś wraca, jakby tamto zdjęcie było tylko nieostrym kadrem, a nie politycznym podpisem pod cudzą agendą.

Bo polityka pamięta tylko to, co jest wygodne.

A w kraju wciąż odbija się echo „operacji SAFE”. Operacji, która miała być odpowiedzią, a stała się pytaniem. Kto naprawdę decyduje? Prezydent, który podpisuje? Czy drużyna, która pisze scenariusz? Paweł Szefernaker układa narrację jak księgowy kreatywnej prawdy, Zbigniew Bogucki sprzedaje ją z powagą człowieka, który wierzy w każde zdanie tylko do momentu zadania pytania, a reszta zespołu pilnuje, żeby nikt nie zauważył, że całość jest zrobiona z dykty.

Bo SAFE to nie był program. To był produkt.

A produkt musi się sprzedać, nawet jeśli po otwarciu okazuje się pustym pudełkiem.

W Pałacu wrze, choć na zewnątrz cisza. Frakcje ścierają się jak dwie drużyny, które grają dla jednego sponsora, ale każda chce mieć własny wynik. Jedni patrzą na partię, drudzy na prezydenta, wszyscy patrzą wyżej. Tam, gdzie zapadają decyzje, których nikt nie podpisuje, bo nie trzeba.

I w tym wszystkim pojawia się Europa. Trochę jak bank. Można ją obrażać, można ją krytykować, można ją nazywać ideologiczną, ale rachunek i tak przyjdzie. Z odsetkami. I bez litości dla patriotycznych deklaracji.

Najbardziej uderza jednak co innego. Ta bezczelna sprzeczność, która przestała kogokolwiek krępować.

Z jednej strony Putin — wróg absolutny, zbrodniarz, zagrożenie egzystencjalne.

Z drugiej — polityczne ciepłe słówka i wizyty u jego najwierniejszego europejskiego partnera.

To już nie jest hipokryzja. To jest system. System, w którym można jednocześnie krzyczeć „precz z Rosją” i siadać do stołu z jej najlepszym kurierem. System, w którym wyborcy sprzedaje się emocje, a decyzje podejmuje się w ciszy, przy zamkniętych drzwiach i otwartych liniach telefonicznych na Wschód.

Człowiek siedzi przy tej poniedziałkowej kawie i nagle rozumie coś nieprzyjemnego. Że to już nie jest polityka, która błądzi. To jest polityka, która dokładnie wie, co robi — i robi to na nasz koszt.

A finał jest prosty, brutalny i pozbawiony metafor: Nie sprzedają nam żadnej wizji państwa. Sprzedają nam wygodną iluzję suwerenności, a w gratisie dorzucają cichą zgodę na to, żeby ktoś inny pisał nam scenariusz.

I jeśli komuś jeszcze smakuje przy tym lunch, to tylko dlatego, że dawno przestał czytać etykiety.

A jeśli ktoś zapyta, kto tu naprawdę trzyma rękę na naszym talerzu, odpowiedź jest prosta — my tylko siedzimy przy stole, oni dawno sprzedali kuchnię.


  1. Elka

    Ja już nie wiem – śmiać się czy płakać…
    Niektórzy z tych, którzy za polityków się podają, wstydu nue mają.

  2. Wanda

    Zachowanie prezydenta w stosunku do dziennikarza TVN 24 niżej krytyku zero kultury . Jedyna nadzieja że Orban przegra wybory i muzę prezydentowi wtedy misek się trochę utrze .

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights