
Boże Ciało zawsze było świętem szczególnym. Nawet nie dlatego, że procesja wychodzi z kościoła na ulicę, choć samo to jest już gestem dość niezwykłym. Religie bowiem zazwyczaj lubią własne świątynie. Czują się w nich bezpiecznie. Wiedzą, kto jest swój, a kto obcy. Tymczasem podczas Bożego Ciała wiara opuszcza swoje mury i rusza między sklepy spożywcze, salony fryzjerskie, paczkomaty, lombardy, apteki i budki z kebabem. Przez kilka godzin dokonuje się coś, co współczesnemu człowiekowi wydaje się niemal nieprzyzwoite. Oto różni ludzie idą razem.
Kiedy byłem młody, a było to tak dawno, że telewizor miał jeden program, a człowiek musiał samodzielnie pamiętać numer telefonu własnej matki, wydawało się, że świat będzie zmierzał ku większej racjonalności. Tak przynajmniej obiecywali rozmaici mędrcy. Mieliśmy się stawać coraz bardziej wykształceni, coraz lepiej poinformowani i coraz mniej podatni na zabobony. Internet miał być wielką biblioteką ludzkości. Demokracja miała dojrzewać. Rozum miał zwyciężać.
Patrząc na współczesne media społecznościowe, trudno oprzeć się wrażeniu, że część tych prognoz spełniła się dokładnie odwrotnie. Nigdy wcześniej człowiek nie miał tak łatwego dostępu do wiedzy. Nigdy wcześniej nie był tak skutecznie karmiony emocjami.
Emocje działają szybciej niż rozum. To odkrycie mniej więcej równie nowe jak informacja, że woda jest mokra, ale najwyraźniej potrzebowaliśmy całej epoki internetu, aby zrozumieć jego konsekwencje.
Rozum jest bowiem stworzeniem powolnym. Trzeba go nakarmić faktami, pozwolić mu pomyśleć, porównać argumenty, rozważyć kontekst. Emocja natomiast zachowuje się jak pijany kuzyn na weselu. Wpada bez zaproszenia, przewraca krzesła, obraża połowę gości i zanim ktokolwiek zdąży zareagować, przejmuje kontrolę nad imprezą.
Politycy oczywiście doskonale to wiedzą.
Nie trzeba nawet kończyć kursu marketingu politycznego, by odkryć, że człowiek przestraszony głosuje szybciej niż człowiek poinformowany. Strach jest paliwem wyjątkowo wydajnym. Nie wymaga argumentów. Nie potrzebuje statystyk. Nie domaga się dowodów. Wystarczy zasugerować zagrożenie, a resztę wykona wyobraźnia odbiorcy.
Od tysięcy lat polityka przypomina nieco handel środkami przeciw wilkom. Najpierw trzeba ludzi przekonać, że wilki są wszędzie. Potem można sprzedać im ochronę.
Dawniej rolę wilków pełnili barbarzyńcy. Później heretycy. Następnie kapitaliści, komuniści, Żydzi, masoni, liberałowie, konserwatyści, uchodźcy, Unia Europejska, globaliści, elity, media, szczepionki albo rowerzyści.
Lista zmienia się regularnie. Mechanizm pozostaje ten sam.
Najciekawsze jest jednak coś innego. Współczesny populizm nie sprzedaje ludziom programu politycznego. Sprzedaje im wspólnotę. Nie mówi: „mam lepsze rozwiązania”. Mówi: „jestem jednym z was”. Nie proponuje reform. Proponuje plemię.
I tutaj zaczyna się problem znacznie poważniejszy niż kolejne wybory.
Demokracja zawsze opierała się na sporze. Ludzie mieli różne poglądy, ale zgadzali się co do podstawowych faktów. Mogli kłócić się o podatki, ale nie o to, czy dwa plus dwa równa się cztery. Mogli nie lubić przeciwnika politycznego, ale przynajmniej uznawali, że przeciwnik istnieje w tej samej rzeczywistości.
Dzisiaj coraz częściej odnoszę wrażenie, że żyjemy w osobnych wszechświatach.
Jeden obywatel otwiera telefon i dowiaduje się, że kraj stoi na progu katastrofy. Drugi otwiera telefon i dowiaduje się, że właśnie przeżywa złoty wiek cywilizacji. Obaj mieszkają na tej samej ulicy. Obaj robią zakupy w tym samym sklepie. Obaj płacą rachunki za ten sam prąd, ale ich algorytmy opowiadają im zupełnie inne historie. Święty Augustyn nie przewidział TikToka. Tomasz z Akwinu nie analizował Facebooka. Nawet Orwell, który miał wyjątkowo ponure poczucie humoru, prawdopodobnie nie wymyśliłby świata, w którym obywatele sami noszą w kieszeni urządzenia służące do nieustannego dostarczania im propagandy dopasowanej do ich psychologicznego profilu a przecież właśnie tam dotarliśmy. Nie dlatego, że ktoś nas do tego zmusił. Dlatego, że kliknęliśmy „zgadzam się”.
Najbardziej zabawne — a może najbardziej tragiczne — jest to, że każdy uważa się za odpornego na manipulację. Człowiek współczesny gotów jest uwierzyć, że sąsiad padł ofiarą propagandy, szwagier został ogłupiony przez telewizję, a połowa narodu straciła zdolność samodzielnego myślenia. Nigdy natomiast nie przychodzi mu do głowy, że identyczny proces może zachodzić we własnej głowie.
To trochę jak z kierowcami. Dziewięćdziesiąt procent społeczeństwa uważa się za kierowców lepszych od przeciętnej. Matematyka od dawna próbuje wyjaśnić, że jest to niemożliwe. Bezskutecznie.
Psychologia ma podobny problem. Każdy jest przekonany, że propaganda działa na innych. Na niego działa wyłącznie prawda. Przy czym zadziwiająco często okazuje się, że prawda wygląda dokładnie tak samo jak jego wcześniejsze poglądy.
Właśnie dlatego z taką sympatią myślę dziś o procesjach Bożego Ciała. Nie z powodów religijnych nawet, choć wielu moich przyjaciół zapewne wykreśliłoby mnie za to z listy liberałów. Lubię je dlatego, że przypominają coś, o czym nowoczesność zaczyna zapominać. Ludzie istnieją naprawdę. Nie jako awatary, nie jako profile, nie jako zestawy danych dla reklamodawców. Naprawdę stoją obok siebie, idą obok siebie, patrzą na siebie, słyszą swoje głosy bez udziału algorytmu.
To doświadczenie staje się dziś niemal rewolucyjne. Być może dlatego, że coraz większą część życia spędzamy w cyfrowych plemionach. Każde z nich posiada własnych proroków, własnych heretyków, własne święte księgi i własne objawienia publikowane codziennie między reklamą suplementów diety a filmikiem z tańczącym kotem.
A przecież demokracja nie polega na tym, że wszyscy myślą tak samo. Polega na tym, że mimo różnic potrafią uznać wspólną rzeczywistość. Największym zagrożeniem nie jest sama manipulacja, lecz utrata wspólnego pojęcia prawdy. I tutaj, jako stary obserwator, chyba trafiam w samo sedno współczesnego problemu.
Kiedy ludzie przestają wierzyć, że istnieją fakty, niezależne od ich sympatii politycznych, demokracja zaczyna przypominać mecz piłkarski, w którym każda drużyna ma własną piłkę, własne bramki i własny wynik.
Można tak grać, tylko trudno później ustalić zwycięzcę. Dlatego w ten czerwcowy dzień, kiedy jedni pójdą w procesji, a inni na działkę, życzyłbym wszystkim odrobiny intelektualnej pokory. Tego rzadkiego przekonania, że mogę się mylić. Że ktoś po drugiej stronie sporu nie musi być idiotą. Że prawda nie należy ani do mojej partii, ani do mojego algorytmu, że czasami warto wyłączyć telefon nie dlatego, by odpocząć od świata, ale po to, by wreszcie go zobaczyć.
Bo być może największym cudem współczesności nie byłoby wcale rozmnożenie chleba. Największym cudem byłoby dziś sprawienie, aby kilka milionów ludzi jednocześnie przeczytało ten sam zestaw faktów i nie zaczęło się natychmiast kłócić.
To dopiero byłoby wydarzenie godne procesji.

Dodaj komentarz