
Procesja w Bielejewie zawsze zaczynała się od tej samej ciszy. Takiej szczególnej ciszy, która na wsi nie oznacza spokoju, tylko chwilę przed awanturą. Ciszy ciężkiej jak stary kredens po babce i napiętej jak kabel od radia przyklejony taśmą do ściany remizy. Psy szczekały gdzieś daleko za stodołami, kury kręciły się po podwórkach jak emeryci pod Biedronką w dzień promocji, a nad wszystkim wisiało czerwcowe słońce — wielkie, tłuste i bezczelne, przypominające twarz sołtysa po trzecim piwie i dwóch kawałkach karkówki.
Powietrze pachniało lipą, kurzem, rozgrzanym asfaltem i zbliżającym się pijaństwem. Asfalt miękł pod butami tak samo szybko jak polityczne deklaracje po wyborach. Nawet bociany chodziły po łąkach ospale, jakby i one przeczuwały, że dzień skończy się tradycyjnie — święcie, patriotycznie i kompletnie nieprzytomnie.
Ludzie schodzili się pod kościół już od rana. Kobiety wystrojone były tak, jakby jednocześnie wybierały się na odpust, wesele i casting do „Sanatorium Miłości”. Pachniało lakierem do włosów, perfumami z Rossmanna i lekkim stresem, bo każda wiedziała, że druga będzie ją oceniała od butów aż po schabowego na późniejszym stole.
Chłopy z kolei wyglądali jak delegacja z bardzo biednego parlamentu. Garnitury wyciągnięte z szaf razem z naftaliną, marynarki pamiętające jeszcze komunię, koszule opięte na brzuchach jak plandeki na przyczepach z burakami. Wąsy błyszczały od brylantyny, twarze od potu, a oczy od porannej „setki dla ciśnienia”.
Dzieci sypały kwiatki z minami ludzi wysłanych do pracy przymusowej. Dziewczynki w białych sukienkach wyglądały jak małe anioły sponsorowane przez lokalny sklep chiński, a chłopcy kręcili się niespokojnie, kopiąc kamienie i próbując ustalić, kto pierwszy zwymiotuje od upału.
Ksiądz Marian stał na schodach kościoła i już z daleka wyglądał jak człowiek, który zrozumiał, że dzisiejszego dnia bardziej niż dusz będzie pilnował pijanych chłopów. Sutanna kleiła mu się do pleców, twarz miał czerwoną od gorąca, a spod pachniało mu lekko wiśniówką „na gardło”, którą pani organistka przyniosła jeszcze przed mszą.
Pierwsza awantura wybuchła jeszcze zanim ruszyła procesja. Wacek Kabel i Kazio pokłócili się o nagłośnienie.
— W zeszłym roku mikrofon charczał jak Glapiński tłumaczący inflację po trzech koniakach! — ryczał Kazio, poprawiając krawat z wyblakłym orłem.
— Bo darłeś mordę prosto do głośnika jak Czarnek na konwencji! — odburknął Wacek. — Jakbyś chciał obudzić samego Jaruzelskiego!
Kazio sapnął ciężko i splunął w piach z miną człowieka, który właśnie został obrażony na poziomie konstytucyjnym.
— Ty mi tu Czarnka nie obrażaj, bo to profesor.
— Profesor? — prychnęła Stacha. — Mój indor też jest profesorem, jak się naje śliwek i chodzi po podwórku z taką samą pewnością siebie.
I już było blisko rękoczynów, już Wacek podwijał rękawy, już Kazio ustawiał się bokiem jak bokser po dwóch udarach, ale wtedy proboszcz uniósł rękę.
— Panowie… dziś Boże Ciało.
— No właśnie dlatego chcemy, żeby było godnie — mruknął Kazio. — A nie jak debata w TV Republika.
Procesja ruszyła powoli przez wieś niczym stary kombajn Bizon, który jeszcze jedzie, ale wszyscy wiedzą, że połowa części trzyma się już tylko na modlitwie i drucie. Strażacy z OSP nieśli baldachim z taką dumą, jakby eskortowali samego papieża, a nie księdza Mariana, który od połowy Ewangelii myślał już głównie o zimnym piwie.
Przy pierwszym ołtarzu śpiewano „Zróbcie Mu miejsce”, choć połowa chłopów bardziej interesowała się tym, kto po procesji pierwszy odpali grilla. Przy drugim ołtarzu Stacha rozpłakała się ze wzruszenia, ale po chwili wyszło, że nadepnęła bosą stopą na szkło po małpce ukrytej w trawie od Zielonych Świątek.
Przy trzecim ołtarzu wiatr zerwał fragment dekoracji i twarz Jana Pawła II poleciała prosto w kartoflisko. Kazio patrzył chwilę za lecącym papieżem, po czym westchnął filozoficznie:
— Nawet papież spieprza z tej polityki.
Proboszcz udawał, że nie słyszy, choć ministrant obok prawie udusił się ze śmiechu.
Ale prawdziwe Boże Ciało zaczynało się zawsze dopiero po procesji. Stodoła Kapusty Janka już od południa dudniła muzyką i ludzkim wrzaskiem. W środku było gorąco jak w piekle dla kierowców TIR-ów. Dym z grilla mieszał się z zapachem piwa, spoconych koszul, kiełbasy i tanich perfum. Stoły nakryto białymi obrusami, które po godzinie wyglądały jak mapa kryzysów współczesnej Europy — tłuste plamy, ślady musztardy i rozlane kieliszki.
Na środku stołu stały wódki zimne jak relacje Tuska z Kaczyńskim. Obok piętrzyły się półmiski karkówki, ogórki kiszone, sałatki jarzynowe ciężkie jak wyrzuty sumienia po wyborach i jajka faszerowane z taką ilością majonezu, że spokojnie mogłyby dostać własny program dopłat z Unii.
Na początku było spokojnie. A na wsi spokojnie znaczy zawsze tyle samo: zaraz coś jebnie.
Profesor Stefan siedział pod ścianą i próbował tłumaczyć SAFE przy pomocy serwetki, musztardy i kromki chleba.
— To jest instrument finansowy… — zaczął ostrożnie tonem człowieka, który przeczuwa własną porażkę.
— Instrument to był akordeon mojego ojca — przerwał mu Wacek. — A to jest kredyt z Brukseli owinięty w papier po cukierkach.
— Nawrocki dobrze zrobił! — ryknął Kazio. — Jak bierzesz chwilówkę, to potem przychodzą i zabierają telewizor!
Profesor westchnął ciężko jak nauczyciel fizyki próbujący tłumaczyć elektrownię atomową kurom.
— Ale to nie jest chwilówka…
— Czarnek mówił, że chwilówka! — huknął Wacek. — Profesor chyba wie!
— Czarnek — mruknął Staszek Listonosz — przeczytałby instrukcję od miksera jak manifest narodowego powstania.
I wtedy polityka rozlała się po stodole jak bimber po nierównym stole. Kazio walnął dłonią tak mocno, że kieliszki podskoczyły.
— Tusk sprzedałby Polskę za niemieckie kupony do Lidla!
— A Kaczyński? — prychnęła Stacha. — Ten wygląda już jak zły skrzat z bajki, co mieszka w szafie i żywi się nienawiścią do rowerzystów oraz ludzi szczęśliwych.
Śmiech eksplodował nagle i brutalnie. Nawet proboszcz Marian parsknął w kieliszek. Potem zrobiło się jeszcze gorzej, bo Kazio postanowił tłumaczyć geopolitykę Bliskiego Wschodu przy pomocy dwóch ogórków kiszonych i kabanosa.
— To jest Iran — powiedział, stukając ogórkiem o blat. — To Izrael.
— A kabanos? — spytał ktoś.
— Ameryka. Wpieprza się wszędzie.
Proboszcz śmiał się tak mocno, że zdjął okulary i zaczął ocierać łzy obrusem. Profesor Stefan patrzył w sufit z miną człowieka, który właśnie stracił resztki wiary w demokrację przedstawicielską.
Za oknami zapadał powoli wieczór. Niebo robiło się granatowe, ciężkie i lepkie jak polityczne paski w telewizji. Radio charczało coś o wetach Nawrockiego, o Tusku, o wojnie, o Trumpie bombardującym Iran i o Europie przypominającej rodzinę jadącą maluchem nad morze — wszyscy się nienawidzą, ale nikt nie chce wysiadać.
Ludzie siedzieli już zmęczeni, spoceni i trochę smutni. Bo nawet w Bielejewie człowiek czasem rozumie, że świat zrobił się zbyt wielki, żeby dało się go pojąć przy jednym stole i pół litrze.
I tylko stodoła trwała niewzruszona, pełna dymu, śmiechu i zapachu spalonej kiełbasy, jak ostatnia ambasada starego świata, w którym wszystko wydawało się prostsze, nawet jeśli nigdy takie nie było.
Nad ranem Kazio zasnął twarzą w sałatce jarzynowej. Proboszcz chrapał pod ścianą jak zepsuty odkurzacz. Profesor Stefan siedział jeszcze chwilę sam przy stole i patrzył na pustą butelkę po wódce z takim skupieniem, jakby próbował znaleźć w niej odpowiedź na pytanie, którego nikt już nawet nie potrafił dobrze zadać.
I może właśnie na tym polega dziś cała polska polityka. Na grupie zmęczonych ludzi siedzących w stodole po procesji, próbujących zrozumieć świat przy pomocy ogórka, kabanosa i pół litra.
A świat i tak robi swoje.
No i co dalej, geniuszu?
Polej jeszcze jednego.

Dodaj komentarz