BOŻE CIAŁO, CZYLI JAK NARÓD WYRUSZA W PROCESJI DO SKLEPU PO KIEŁBASĘ

Warszawa

Są w polskim kalendarzu święta, które obchodzimy dlatego, że nakazuje nam tradycja. Są takie, które obchodzimy dlatego, że wymaga tego państwo. Są wreszcie święta, które obchodzimy dlatego, że następnego dnia nie trzeba iść do pracy. Boże Ciało należy do tych rzadkich uroczystości, które zdołały połączyć wszystkie trzy kategorie i stworzyć z nich coś na kształt narodowego misterium. Misterium niezwykle polskiego rodzaju, w którym średniowieczna teologia spotyka się z grillem ogrodowym, a mistyka Eucharystii z promocją na karkówkę i worki brykietu.

Nie ma bowiem drugiego dnia w roku, który równie trafnie opowiadałby historię Polski. Polski dawnej, pachnącej kadzidłem, woskiem świec i wilgotnym mchem przy przydrożnych kapliczkach. Polski współczesnej, pachnącej benzyną, brykietem, rozgrzanym asfaltem i kawą kupioną na stacji benzynowej podczas wyjazdu na długi weekend. Te dwie Polski, które na co dzień wydają się sobie obce, właśnie w Boże Ciało spotykają się na chwilę i zgodnie maszerują tą samą drogą, choć każda z nich zmierza nieco gdzie indziej.

Warto jednak pamiętać, że historia tego święta nie zaczyna się od procesji, od baldachimów ani od dziewczynek sypiących płatki kwiatów. Nie zaczyna się nawet od Polski, bo Polska miała jeszcze wtedy inne zmartwienia niż organizowanie długich weekendów. Historia tego święta zaczyna się od czegoś znacznie bardziej ludzkiego i znacznie bardziej uniwersalnego. Od wątpliwości.

A nic nie napędza historii chrześcijaństwa skuteczniej niż człowiek, który zaczyna zadawać niewygodne pytania.

Jest rok 1263. Włoska Bolsena rozciąga się nad brzegiem jeziora tak pięknego, że gdyby istniał Instagram, miejscowi mieszkańcy utrzymywaliby się wyłącznie z fotografowania zachodów słońca, a podróżni publikowaliby wzruszające refleksje o odnajdywaniu siebie na tle wulkanicznego krajobrazu. W tamtych czasach przybywali tam jednak nie influencerzy, lecz pielgrzymi. Wśród nich znajduje się niemiecki kapłan, Piotr z Pragi.

Nie był heretykiem. Nie był rewolucjonistą. Nie zamierzał burzyć Kościoła ani zakładać nowej religii. Był po prostu człowiekiem, który myślał. A człowiek myślący jest stworzeniem niebezpiecznym. Zadaje pytania tam, gdzie inni przyzwyczaili się do odpowiedzi. Zastanawia się tam, gdzie pozostali machają ręką. Wraca do spraw, które dawno uznano za rozstrzygnięte. Piotra dręczyła kwestia Eucharystii. Jeśli hostia staje się Ciałem Chrystusa, dlaczego nadal wygląda jak hostia? Jeśli wino staje się Krwią, dlaczego nie zmienia smaku? Dlaczego oczy widzą jedno, a wiara nakazuje przyjąć drugie?

Było to pytanie stare jak chrześcijaństwo, ale zarazem pytanie, które w gruncie rzeczy zadaje sobie każdy człowiek. Nie tylko o Eucharystię. O wszystko. Dlaczego nie widzę tego, w co mam wierzyć? Dlaczego nie mogę dotknąć tego, co podobno jest najważniejsze? Dlaczego rzeczy najistotniejsze tak często pozostają niewidoczne, podczas gdy rzeczy całkowicie nieistotne wyskakują z każdej strony ekranu?

Podczas Mszy sprawowanej przy grobie świętej Krystyny wydarza się jednak coś niezwykłego. Według tradycji hostia zaczyna krwawić. Krew spływa na korporał i kamienne płyty posadzki. Wieść rozchodzi się błyskawicznie. Plotka, sensacja i cud nie potrzebowały internetu. Internet jedynie zwiększył ich przepustowość.

I tutaj zaczyna się fragment historii tak symboliczny, że współczesny scenarzysta uznałby go za przesadę i otrzymał od producenta uwagę, by nieco ograniczyć metafory.

Dwanaście kilometrów dalej, w Orvieto, przebywa papież Urban IV. Nie mieszka w Rzymie, ponieważ trzynastowieczna polityka była równie spokojna jak współczesna sekcja komentarzy pod artykułem o podatkach, uchodźcach albo cenach masła. W tym samym mieście mieszka Tomasz z Akwinu, jeden z największych umysłów swojej epoki, człowiek próbujący połączyć rozum z wiarą z taką precyzją, z jaką zegarmistrz składa mechanizm kosztownego chronometru.

W jednym miejscu spotykają się więc trzy siły, które od początku dziejów urządzają człowiekowi życie. Zwątpienie przybywa z Bolseny w osobie Piotra z Pragi. Autorytet siedzi na papieskim tronie. Rozum spaceruje krużgankami dominikańskiego klasztoru pod postacią Tomasza z Akwinu. Urban słucha relacji o cudzie, Tomasz rozważa jego znaczenie, a Piotr zapewne zastanawia się, czy ktokolwiek uwierzy w to, czego sam był świadkiem. Trudno o bardziej średniowieczny zestaw bohaterów, a zarazem trudno o historię bardziej współczesną, ponieważ do dziś świat dzieli się na tych, którzy pytają, tych, którzy odpowiadają, i tych, którzy próbują wyjaśnić, dlaczego odpowiedzi nigdy nie są tak proste, jak chcieliby pytający.

Urban IV postanawia ustanowić święto poświęcone Eucharystii dla całego Kościoła. Tomasz z Akwinu otrzymuje zadanie przygotowania tekstów liturgicznych. Powstaje hymn „Sław języku tajemnicę”, jeden z najpiękniejszych utworów chrześcijańskiej Europy. To właśnie tam padają słowa: „Darmo wzrok to widzieć chce”.

Przyznam, że trudno znaleźć zdanie bardziej niewygodne dla człowieka XXI wieku. Żyjemy przecież w epoce, która ufa wyłącznie temu, co można zobaczyć, policzyć, zmierzyć, zważyć i przesłać w formacie PDF. Ufamy ekranom bardziej niż pamięci, statystykom bardziej niż doświadczeniu, algorytmom bardziej niż intuicji. Człowiek współczesny gotów jest uwierzyć aplikacji informującej go, że przeszedł dziś osiem tysięcy kroków, ale ma coraz większy problem z uwierzeniem własnemu sercu.

Tymczasem Tomasz mówi coś niemal obrazoburczego. Przypomina, że nie wszystko da się zobaczyć. Nie wszystko poddaje się pomiarowi. Nie wszystko mieści się na ekranie telefonu. Można się z nim zgadzać lub nie, można uważać go za geniusza albo za marzyciela, ale trudno odmówić mu odwagi. W każdej epoce powiedzenie ludziom, że istnieją sprawy wykraczające poza to, co mierzalne, jest ryzykowne. Człowiek lubi mieć dowód. Najlepiej w trzech egzemplarzach.

A potem historia zrobiła to, co zawsze robi z wielkimi ideami.

Oddała je Polakom.

I wtedy zaczęła się prawdziwa przygoda.

Przez kolejne stulecia Boże Ciało obrastało tradycją niczym stary dąb nowymi słojami. Pojawiły się procesje, ołtarze, chorągwie, baldachimy, orkiestry strażackie, płatki kwiatów i pieśni śpiewane od pokoleń. Święto wyszło z kościołów na ulice. I właśnie ten moment jest chyba najciekawszy, ponieważ wiara zazwyczaj lubi zamknięte przestrzenie. Świątynie, kaplice, klasztory. Boże Ciało robi coś odwrotnego. Wyprowadza religię na chodniki, place, osiedla i skrzyżowania. Każe jej przejść obok kiosku, sklepu spożywczego, paczkomatu, parkingu i salonu oferującego kredyt na wyjątkowo korzystnych warunkach.

To trochę tak, jakby przypominało człowiekowi, że życie nie składa się z oddzielnych szufladek. Nie ma osobnej szufladki na Boga, osobnej na codzienność, osobnej na zakupy i osobnej na zmartwienia. Wszystko dzieje się jednocześnie. Dlatego procesja Bożego Ciała jest tak niezwykle polska.

Idą w niej ludzie głęboko wierzący. Idą ludzie przywiązani do tradycji. Idą ludzie, którzy przyszli dla świętego spokoju, ponieważ babcia nalegała. Idą dzieci zachwycone płatkami kwiatów i emeryci pamiętający procesje sprzed pół wieku. Idą także ci, którzy od dawna nie wiedzą, co myśleć o wierze, ale wiedzą, że coś ich do tej procesji przyciąga.

To Polska w miniaturze. Polska nie z telewizyjnych studiów, nie z internetowych awantur i nie z politycznych debat. Polska prawdziwa. Ta, która rano potrafi modlić się razem, a wieczorem pokłócić o wszystko. Ta sama Polska, która potrafi godzinami narzekać na sąsiadów, ale pierwsza biegnie im pomóc, gdy wydarzy się coś złego. Kraj pełen sprzeczności, dzięki którym w ogóle jeszcze funkcjonuje.

Ale nie oszukujmy się. Równolegle do procesji odbywa się druga wielka uroczystość. Narodowe planowanie długiego weekendu.

Polak jest bowiem istotą niezwykle praktyczną. Potrafi nie pamiętać daty własnej rocznicy ślubu, imienin teściowej i terminu przeglądu samochodu, ale z dokładnością szwajcarskiego zegarka wie, kiedy wypada Boże Ciało. Nie dlatego, że studiował kalendarz liturgiczny. Dlatego, że od miesięcy analizował układ dni wolnych.

Jest coś wzruszającego w tym narodowym wysiłku. Setki tysięcy ludzi prowadzą skomplikowane operacje logistyczne przypominające planowanie lądowania na Księżycu. Wziąć urlop w piątek. Połączyć z weekendem. Wyjechać w środę wieczorem. Wrócić w niedzielę. Oszukać system. Wygrać z kalendarzem. Odnieść drobne zwycięstwo nad rzeczywistością. Człowiek współczesny nie ma już wielu okazji do triumfu, więc chętnie świętuje nawet skuteczne przedłużenie weekendu.

I wtedy zaczyna się wielka migracja. Autostrady zapełniają się samochodami. Nad morze jadą ci, którzy marzą o słońcu. W góry jadą ci, którzy marzą o ciszy. Na Mazury jadą ci, którzy marzą o spokoju. Wszyscy spotykają się potem w korkach.

Historia, trzeba przyznać, posiada szczególny rodzaj poczucia humoru. Wysyła tysiące ludzi nad morze w poszukiwaniu słońca, aby następnie obdarzyć ich deszczem. Kieruje innych ku górom w nadziei na ciszę, po czym sadza ich w korku ciągnącym się przez pół województwa. Człowiek wyjeżdża, aby uciec od tłumu, i odkrywa, że cały tłum wpadł dokładnie na ten sam pomysł.

Grille rozpalają się niczym ogniska współczesnej religii. Nad ogródkami unosi się dym, który dla wielu obywateli jest równie ważnym symbolem rozpoczęcia święta jak kościelne dzwony. Dawniej ludzie wracali z procesji z gałązkami brzozy. Dzisiaj wracają z marketu budowlanego z workiem brykietu, składaną ławką i przekonaniem, że skoro kupili coś trzydzieści procent taniej, to w istocie zarobili pieniądze.

I byłoby bardzo łatwo szydzić z tego wszystkiego. Z karkówki, brykietu, korków i narodowego kultu długiego weekendu. Byłaby to jednak szydera tania, bo pod całą tą komedią kryje się coś znacznie poważniejszego.

Człowiek współczesny jest zmęczony.

Nie dlatego, że pracuje ciężej niż jego dziadek. Pracuje inaczej. Nigdy nie przestaje. Telefon dzwoni wieczorem. Poczta przychodzi w weekend. Powiadomienia nie zasypiają. Obowiązki nie odpoczywają. Człowiek wychodzi z pracy, ale praca nie wychodzi z człowieka.

Żyjemy w czasach, które nieustannie każą nam biec. Dlatego kilka wolnych dni staje się czymś więcej niż tylko okazją do grillowania. Staje się szansą na złapanie oddechu. I być może właśnie tutaj spotykają się średniowieczny sens święta i współczesna potrzeba człowieka.

Boże Ciało od początku było przypomnieniem, że nie żyjemy wyłącznie tym, co produkujemy, kupujemy i konsumujemy. Że istnieje jeszcze inny wymiar życia. Dla jednych będzie nim Eucharystia. Dla innych modlitwa. Dla jeszcze innych cisza jeziora o świcie, rozmowa z bliskimi albo wieczór spędzony bez telefonu.

Każdy nazywa to inaczej. Jednak pod wszystkimi tymi nazwami kryje się ta sama tęsknota. Tęsknota za zatrzymaniem, za krótkim zawieszeniem codziennego biegu, za momentem, w którym człowiek może przypomnieć sobie, że nie został stworzony wyłącznie do odhaczania kolejnych obowiązków.

Może właśnie dlatego święto przetrwało siedem i pół wieku. Nie dlatego, że rozstrzyga wszystkie teologiczne spory. Nie dlatego, że wszyscy rozumieją jego znaczenie. Przetrwało dlatego, że opowiada o ludzkiej tęsknocie. O potrzebie sensu. O pragnieniu obecności. O przekonaniu, że życie składa się z czegoś więcej niż kolejnych punktów w kalendarzu i kolejnych powiadomień w telefonie.

Dlatego Boże Ciało pozostaje świętem niezwykle polskim. Łączy cud z codziennością. Tomasza z Akwinu z aplikacją pogodową. Monstrancję z lodówką turystyczną. Średniowiecze z autostradą. Wieczność z długim weekendem.

I może właśnie dlatego nadal działa.

Człowiek, niezależnie od epoki, pozostaje istotą rozdwojoną. Jedną nogą stoi w transcendencji, drugą przy grillu. Pomiędzy tymi dwiema rzeczywistościami od siedmiuset sześćdziesięciu lat maszeruje Boże Ciało.

Zaś Polska, jak to Polska, maszeruje razem z nim. Czasem za monstrancją. Czasem za zapachem karkówki. Najczęściej za jednym i drugim.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights